sobota, 7 września 2013

62.



Tkam. Uczę się. Na pierwszy rzut idą nici, jakie mam w domu. Nie mam dużo. Naprawdę, jak na szewca przystało, nie mam… Niedługo zapasy się skończą i trzeba będzie doprząść oraz domówić. Będzie czas na szycie, farbowanie i gręplowanie.




Na razie powstał komplet szali rodzinnych. Muszę przyznać, wyszły przecudnie. Oczywiście wielka w tym zasługa  wełny z jakiej zostały zrobione i krosien, jakimi dysponuję. Mam za małe doświadczenie żeby się wymądrzać, ale widzę, że „ dają” piękną tkaninę. Tkaniny wełniane z backstrap’u takie nie są. Moje nie były. To, nad czym muszę popracować to technika. Poprawy wymaga wybieranie wzoru stopami (następowanie na stopnie ).Zapamiętuję się w tym, i jak dociera do mnie świadomość i krzyczy ziemia, czuję się jak wyrwana ze snu. Nie wiem, gdzie jestem :)





Wybieram pedały w dość nietypowy jak na Europę sposób. Od środka do brzegów, po lewej stronie nicielnice nieparzyste, po prawej parzyste. Dzięki temu zawsze pracują mi obie stopy i bardzo łatwo zapanować nad overshot’ami.  Czuję się trochę jak organista, ale dzięki temu nie mam kłopotów z krążeniem, a nawet ( ale to może być tylko wyimaginowany efekt) poprawiła mi się kondycja :)





Przy jednym z szali ( dla mnie ) zgubiła mnie pewność siebie. Tak fajnie dotychczas wiązała mi się osnowa, że tu nie przyłożyłam się i zawiązałam ją niestarannie. Nie była dobrze napięta i dała brzydki brzeg. Lekcje przyjęłam, więcej nie będę J

Mój szal miał być jednolity w kolorze, z dwoma, różnej szerokości, kolorowymi pasami osnowy, ale…




Najpierw zrobiłam szal dla męża i okazało się, że w zakupionych jakiś czas temu kaszmirach, w każdym kłębku brakuje 200m…  Poniosło mnie, bo na reklamację za późno. 700 m brzmi inaczej niż 500 wiem, wiem, tylko, że te 700 miało starczyć, a 500 dało o prawie 1/3 krótszy szal. O ile mąż wiadomość przyjął dzielnie i będzie go zawiązywał w  tradycyjny a nie designerski sposób, o tyle ja, wydłużyłam swój, dodając paski alpaki z jedwabiem. I jak to u mnie bywa, wyszedł mi tałes :) Ale na szyi nie wygląda już tak święcie.





Zachwyca mnie, nieodmiennie, tkanina wykonana w jednym kolorze z delikatnym wzorkiem. Ale za bajeczne kolory też dam się zabić ;)









Matryczki:

Szal dla M

Nici:

Osnowa: baby merynos 75%, jedwab 25%

Wątek: kaszmir 70%, jedwab 30%

Płocha: 10, przewlekana na 12,5

Wzór: serge 2/2  ( Herringbone Twill)

Wielkość szala bez frędzli przed praniem: 159x30cm

Wielkość szala bez frędzli po praniu: 152 X27cm




Szal dla B

Nici:

Osnowa: merynos 80%, jedwab 20% oraz baby alpaka 70%, jedwab 30%

Wątek: kaszmir 70%, jedwab 30% oraz baby alpaka 70%, jedwab 30%

Płocha: 10, przewlekana na 15

Wzór: serge 2/2 ( Broken Diamond Twill )

Wielkość szala bez frędzli przed praniem: 218x31,5cm

Wielkość szala bez frędzli po praniu: 207x29cm







czwartek, 5 września 2013

62.



Pamiętacie ten sweter? 




Pokazałam  go, tu, na blogu ponad rok temu. Sweter jest wykonany z ręcznie przędzionej. Noszę go głównie na spacery i zabieram w podróże. Doskonale się sprawdza szeroki golf,  kieszenie oraz przedłużone rękawy. Nieustająco poszukuję wełny ( ręcznie przędzionej ) idealnej, więc dodatkowo postanowiłam poddać ten wyrób wyśrubowanym testom. Byłam ciekawa jak ręcznie przędziona wełna zniesie byle jakie traktowanie. Czy się zmechaci, jak poradzi sobie miętolona w podręcznych torbach i co będzie, kiedy przestanę ją  prać?

Eksperyment trwał ponad rok! Wynikami jestem zachwycona. Sweter składa się z dwóch gatunków wełny: szetlandu i bfl, przy czym to ten drugi znalazł się we wszystkich newralgicznych miejscach swetra ( boki, pachy, rękawy).

Wełna została uprzędziona z fabrycznie przygotowanej czesanki ( była więc dobrze wyczesana, dobrze posegregowana i zawierała dobrej jakości włókna). Gotowa nić była miękka, a przez to, że dość gruba ( druty 3,5) dawała bardzo mięsistą dzianinę.







Przez pierwsze trzy miesiące sweter wyglądał jak nowy, około piątego miesiąca pojawił się na nim wełniany meszek, który na mankietach i  pod pachami zaczął zbijać się w kuleczki, nie było ich wiele. I z czasem niewiele ich przybyło. Nie usuwałam ich, więc to, co widzicie na zdjęciach to wynik ponad rocznego użytkowania. Wełna się nie wyciągnęła, nie skurczyła i nie zmieniła kształtu.






Co do prania. Bez obaw. Mimo, że nie był w wodzie, sweter ani nie śmierdzi, ani się nie lepi. Już kiedyś pisałam , że wełnianych rzeczy nie musimy prać często. Często trzeba je wietrzyć i poddawać nawilżaniu, dzięki któremu odzyskuje świeżość i formę. Normandia to miejsce wyjątkowo wilgotne i bogate w drobne deszczyki. Po każdym użytkowaniu sweter wietrzyłam, a jak była wilgotna pogoda ( u nas całą zimę ) pozostawiałam na dworze. Rezultaty przeszły moje oczekiwania. Oczywiście, nie namawiam do rocznego noszenia wełnianych rzeczy bez prania, ale z pełną odpowiedzialnością mogę podkreślić, zapewnić i jeszcze raz zachęcić do prania swetrów co jakiś czas, a nie po każdym założeniu. Prawdziwa wełna, daje sobie wyśmienicie radę z powracaniem do stanu pierwotnego.







Jestem z tego swetra bardzo dumna. Po roku, bez specjalnej troski, niewiele się różni od tego zaraz po wykończeniu. Czy to oznacza, że bfl jest wełną idealną i na wszystko? Nie do końca. Póki co okazało się, że bfl  jaki uprzędłam był idealny na niezobowiązujący, sportowy model. Teraz zabieram się za testowanie merynosów, ale coś czuję, że rok to dla nich zbyt wiele.







Wszystkie zdjęcia, poza pierwszym, to zdjęcia swetra po rocznym użytkowaniu. Te na manekinie już po goleniu. Jestem ogromnie ciekawa, jak wyglądają Wasze swetry po rocznym użytkowaniu. Czy wymagają zmian?




poniedziałek, 2 września 2013

61.




Mam przygotowany post o swetrowym eksperymencie, ale kończy się lato i choć  pogoda ciągle piękna, chcę je zatrzymać!  Będzie o plażowej torbie.
Jak u Loomy, bez torebki,jak bez ręki. A na plaży z normalną torbą,  jakoś tak, dziko jest ;)  
Do powstania mojej zainspirowała mnie wizyta w Lyons-la-Foret





Najpierw trafiłam tam z gośćmi z Warszawy i nie była to moja pierwsza wizyta. Ogromnie lubię to miejsce. W jednym ze sklepów zobaczyliśmy piękną, lnianą torbę ozdobioną aplikacjami z kolorowych ruloników. Torba prosta, może nawet za. Prostokąt bez zapięć ze skórzanymi rączkami. Ale te aplikacje! Drobne, zgrabne i takie kobiece. Zakochałam się. Poważnie rozważałam zakup „de facto” lnianego worka za  98 euro. I choć cena może wydać się kosmiczna, kiedy zakupy robi się tu, gdzie mieszkam, za najtańszy len trzeba zapłacić 14 euro, za szpuleczkę nici ( 100m ) 2,45 euro, za materiały w kwiatki od 1,5 euro do 2,20euro za 10cm, a za rączki do torebki ok. 16 euro.Koszty lnianego worka sięgają 50 euro + koszt pracy, pomysł, projekt, prowizja dla sklepu…

Poukładałam sobie w głowie, że jestem gotowa ją kupić i z kolejnymi gośćmi wybrałam się tam ponownie. Na torbę popatrzyłam raz jeszcze, przymierzyłam i niestety prosty woreczek mimo cudnych aplikacji, nie wyglądał przy mnie dobrze :(





Wróciłam do domu. Z rozlicznych, nierozpakowanych jeszcze kartonów wygrzebałam materiały z Pragi. Parę kretoników będących cienkimi flanelkami, jakaś materia udająca len, ciekawie tkana i z czymś sztucznym. Na torbę ok. Nie chciałam kopii. Zależało mi na motywie, a raczej na mojej jego interpretacji. Nie dysponowałam żadnym cudnym materiałem w kwiatki. Materiałem, którego nawet kawalątek ożywia wszystko. Niewiele myśląc zabrałam się do Paryża wraz z synem i mężem, bo oni musieli, a ja po prostu chciałam i miałam plan. I choć jestem wieśniarą, do miast i tego, co w życiu ważne, mam blisko ;)



Wylądowałam w atelier i pieniądze przeznaczone na materiały wydałam na wełnę :)  Ostatnią dyszkę przeznaczyłam na kwiatki od FrouFrou i miniaturowe wieże Eiffla .Ledwo starczyło.





Torba jest bardzo skromna. Jak  kiedyś będę mieć czas, uszyję naprawdę taką zatykającą dech w piersiach. I kupię kwiatki od FrouFrou, MiouMiou* a nawet PiouPiou**  :) I obszyję wszystko cudnie i kolorowo ,no a teraz jest,co jest i muszę Wam powiedzieć, że bardzo mi pasuje.





*Takie marki( mioumiou to nie miumiu ) nie istnieją, ale za to jak wyglądają i jak się je wymawia!



czwartek, 29 sierpnia 2013

60.





Mechacenie – koszmar dziewiarek, przyczyna bezsenności i utrapień, ale( jak się okazało u pimposhki)  powód utraty zaufania klientów do sprzedawców. Mechaceniu podlega większość włókien używanych w przemyśle tekstylnym. Mechacą się włókna naturalne i syntetyczne, drogie kaszmiry i zgrzebne wełny. Mechacenie za nic ma cenę i z takim samym zapałem zabiera się do markowych tweedów i kaszmirowych puchów, jak do ręcznie robionej wełny.
Można przez to nie spać i pomstować na oszustów, albo poznać powód mechacenia, zakupić największą przyjaciółkę dziewiarki GOLARKĘ i dbać o swoje swetry, szale i chusty jak trzeba.

Powodów mechacenia jest naprawdę sporo. Rita Buchanan w opracowaniu Spinner’s Questions podaje, że mechacenie to indywidualna cecha okrycia niektórych owiec ( nie rasy, jako gatunku), jakości włosa z jakiego przędzie się wełnę oraz sposobu użytkowania dzianiny.
Wełny wykonane z włókien dłuższych i mocno skręconych, tracą na puszystości i miękkości, ale stają się bardziej wytrzymałe na mechacenie. Wykorzystywanie do przędzenia wszystkiego, co daje owca, alpaka, czy jedwabnik „ żeby się nie zmarnowało” jest kiepskim pomysłem, bo oszczędność surowca przy jego przygotowywaniu do przędzenia, wyjdzie  bokiem, przy jego użytkowaniu.
Wełny typu „ woollen” choć mięciutkie i milutkie zmechacą się szybciej niż przędze typu „ worsted”. Wełny pojedyncze są na mechacenie mniej odporne niż nici podwójne, czy potrójne. Szybciej zmechacą się wykonane na drutach swetry niż tkane na krosnach materiały.
Bywa, że wełny w masowej produkcji, w ostatniej fazie ich wykańczania zabezpieczane są polimerami ( wełny owcze) lub enzymami ( bawełna ) , by przedłużyć im żywotność i uodpornić przed mechaceniem.
To, czy po takim procesie to dalej wełna, zostawiam  Wam do przemyśleń. Ja, wolę swoje i z golarkami się nie rozstaję. Jestem ich zwolennikiem, bo są łatwe w obsłudze, nie osłabiają dzianiny, jak ręczne wyrywanie sfilcowanych kuleczek i nie są tak niebezpieczne, jak golenie brzytwami. Ostatnią kupiłam w e-dziewiarce. Większość tych, jakie miałam ( tak, golarki nie są wieczne ) była na baterie, choć wolałabym elektryczną, bo skubane żrą prąd jak dzikie. Póki co,  zaopatrzyłam się w bateryjki do ładowania, ale chyba poproszę męża o drobną przeróbkę.

A kolejny wpis o eksperymencie: testowaniu odporności na mechacenie i niepraniu swetra przez rok!

czwartek, 22 sierpnia 2013

59.




Nie mogąc znieść widoku nieosnutych krosien , natychmiast je ubrałam w nowe nici :)

Tym razem cały proces przebiegł bez niespodzianek. Myślę, że krosna odkryły przede mną już wszystkie swoje tajemnice ( mam na myśli tylko i wyłącznie moje krosna, jako narzędzie pracy, a nie krosna, jako szeroko pojęte tkanie;).

Mąż zadbał, bym nie zapomniała o specyficznym wiązaniu stopni ( koniecznie muszą stanowić one hiperbolę), poprawił, posprawdzał i poleciałam.




To tkanie, to była prawdziwa bajka. Bajka od osnuwania do ostatniej przepuszczonej nitki wątku. Wełna, którą kocham, zgrabna ilość i właściwie dobrany algorytm wyliczania wszystkiego ze wszystkim sprawiał, że czułam, kto rządzi i kto decyduje ;) Utkał się naprawdę imponujący szal. Szal dla syna, który zabierze go ze sobą  w podróż życia. Przyznał, że postara się go nie używać tak długo, jak długo będzie w stanie się mu oprzeć, zostawiając go na „czarną godzinę”, jako dobro godne wymiany za ewentualne inne dobra lub usługi, na jakie nie będzie go stać ;)





Jodełka jest piękna w każdym wydaniu i nawet moje, oczywiście z błędami, niewiele jej zaszkodziło :)
Szal jest długi z dużym dodatkiem jedwabiu i kaszmiru. W dotyku sam luksus. Z pełną odpowiedzialnością mogę powiedzieć, że żadna dzianina nie wyglądała u mnie tak, jak ręcznie wykonana tkanina.





Garść doświadczeń. Jestem na początku tkackiej drogi, ale śmiało mogę powiedzieć, co będę robić, bo ułatwia mi to pracę, a czego zaniecham na pewno.

1. Zaniecham wieszania buteleczek z wodą do „ pływającego brzegu – floating selvedge ”.  O ile sprawdzało się na krosnach, na jakich miałam przyjemność pracować w Czechach, o tyle na moich, pomysł jest niewygodny i mało subtelny. Torebeczka z monetami i nawiniętą nicią na tutkę od czółenka okazała się dużo lepsza.




2.Nigdy przenigdy nie będę kończyć nitki wątku w środku tkaniny. Już przy backstrapie robiłam to tylko na brzegach, ale zachęcona do spróbowania czegoś innego, widzę, że zawsze ta podwójna niteczka tworzy  coś na kształt skazy. Dla mnie to rozwiązanie nie do przyjęcia.
3.Wzór matematyczny do wyliczania gęstości płochy jest lepszy od tabel. Mam wrażenie, że opisywała go Loomy na swoim blogu „ Mania tkania”, ale ku własnej pamięci zamieszczę go i ja. Kiedy chcemy ustalić gęstość płochy i nie znamy żadnego wymiaru, liczymy grubość nici  czyli  wpi, a następnie:  jeśli chcemy wykonać wzór typu twill „mnożymy” wynik wpi przez ułamek 2/3. Przykład: wpi = 17 mnożymy przez  2/3 i otrzymujemy wynik =  11,3.  Cyfra 11,3 jest dla nas informacją o tym, jakiej gęstości płochy możemy użyć jeśli chcemy uzyskać w miarę zrównoważoną tkaninę. Kiedy obliczamy wzór dla płócienka, uzyskane wpi „dzielimy” przez 2. Przykład: wpi = 29 podzielone przez 2 = 14,5 gęstość płochy. Gdybym tę metodę zastosowała przy bawełnianym szalu z poprzedniego posta, od razu wiedziałabym, że płocha 25 to dużo za dużo. „Się człowieki uczom”






Metryczka:

Nici: osnowa: baby merynos 75%, jedwab 25%

         wątek: kaszmir 70%, jedwab 30%

Płocha: 10, przewlekana na 12,5

Wzór: serge 2/2

Wielkość szala bez frędzli przed praniem: 215x30cm

Wielkość szala bez frędzli po praniu: 204X27cm

Kurczliwość wzdłuż ok. 5,5% ; w poprzek 10%





sobota, 17 sierpnia 2013

58.


 Zaczynamy. Osnowa w nicielnicach.



Tkacka Golgota, czyli o doświadczeniach niedoświadczonej tkaczki.

Z krosnami podłogowymi miałam do czynienia tylko parę razy, i tylko wówczas kiedy były osnute i powiązane.  Oczywiście wiedziałam co z czym i dlaczego, ale głównie teoretycznie. Krosna stołowe i backstrap to zupełnie inna bajka.

Kiedy  poprzednia właścicielka moich krosien powiedziała: ”Gdy je dobrze nastroić, pięknie grają ” , nie sądziłam, że  przekłada się to na  cztery dni leżenia na brzuchu, na podłodze! Teraz też całkowicie rozumiem dlaczego w krosnach porzuciła dwa stopnie i jeden rząd półstopni, wiążąc je w prostszy system.

Śmiało mogę powiedzieć, że snucie i przewlekanie ogromnej ilości nici , jest niczym w porównaniu do wiązania sześciu stopni w systemie countermarch w krosnach, w których tylko cudem jest to możliwe.

 Widoczny system "zagęszczania" płochy. Po praniu paseczki zniknęły.



Było tak.

Po renowacji osnułam krosna i wykonałam parę niedbałych próbek, na cztery stopnie. Koniecznie chciałam sprawdzić, że złożyłam je prawidłowo, i że zrozumienie jak działają, wystarczy do ich wiązania. Skrupulatnie wypisałam sobie ich moce i słabe strony . Próby pokazały, co robię źle np. z dobijaniem płochy, jak gęstość osnowy wpływa na wzór i że nie to co piękne, pięknie mi wychodzi. Nie chcąc tracić czasu na kolejne zabawy we wzorki, zdecydowałam, że zrobię  bawełniany szal. Wybrałam wzór/ małe, zgrabne i wybaczające niedoświadczenie „overshociki”/, wyliczyłam czego ile mi potrzeba, pracowicie wybrałam nicielnice i odwiedzili mnie goście J Goście przyjechali zwiedzać Normandię, z rękodziełem obeznani , a z tkaniem całkiem na bieżąco, więc po odebraniu ich z lotniska, bez przeszkód mogłam zabrać się za kontynuowanie prac nie raniąc ich spokoju.



 Usztywnione nicielnice. Każda na swojej wysokości. Koszmar, ale skuteczny.


Związanie czterech stopni było igraszką. Nauczona „próbkowym doświadczeniem” wiedziałam, że książkowy sposób pracy z usztywnionymi nicielnicami  u mnie nie działa. Każdorazowo muszę sprawdzać przesmyk. Ani nicielnice, ani rzędy półstopni, że o stopniach nie wspomnę, nie trzymają u mnie żadnej linii. Kładłam się , wstawałam, kładłam – wstawałam, a rozczarowanie rosło. Piąty i szósty  stopień  skutecznie zakłócały pracę  pierwszych czterech. Rozwiązywałam, przewiązywałam i padałam pod krosna. Niewiele osób wie, choć moi bliscy tak, że jak słyszę, że się nie da, dostaję szału. Goście w cichości i w lekkiej trwodze przyglądali się wieczorami mojej walce.  Na pomoc rzucił się mąż, choć o tę pomoc też walczyliśmy. On, że już wie jak, ja że teraz „ za pięć dwunasta” nigdy nie odstąpię. W końcu się udało. Powstały przesmyki w każdej kombinacji i przy pracy każdego stopnia. Otwierały się tylko na tyle, by włożyć czółenko, ale działały! Niezbędne okazało się nawiercenie dodatkowych dziurek na stopniach ( obwiązania niewiele by dały, bo pod naporem jaki powstawał, po prostu by się przesunęły). I chwała mojemu mężowi, że niczego nie muszę przed nim udawać i że słowa uważane powszechnie za obelżywe, których używam zawsze, gdy ciśnienie mi wzrasta i filozofia zen zawodzi, nie wprowadzają go w zdumienie, z kimże to się od lat zadaje :)



 Stopnie w spoczynku. Pierwszy prawie pionowo. Tylko tak pozwolił pracować innym.



Radość moja była ogromna, więc rzuciłam się do tkania, a tu… niespodzianka. Za gęsta płocha! Powstające płócienko pokazało głównie nici osnowy. Wprowadziło mnie to w niezłe zdumienie. Ja, która uciekała na backstrapie od typowego dla niego wzoru osnowy, bez wysiłku uzyskałam go na krosnach podłogowych. Jak nie wierzyć w przeznaczenie?

No i po raz kolejny przekonałam się, że zamieszczane to tu, to tam pomoce dydaktyczne ( mam na myśli książki poświęcone tkaniu ) np. o tym, jak przewlekać poszczególne grubości nitek przez płochę, należy traktować bardzo orientacyjnie. Mogłam to zmienić. Rozwiązać osnowę i przewlec ją nieco luźniej, z wyliczeń wynikło, że 5 nitek na cal mniej byłoby ok., ale nie miałam siły. Poza tym, jak przytomnie zauważyła któregoś wieczoru znajoma, dzięki temu zielone boki są wyraźne  i po prostu ładnie to wygląda.



 Szal zaraz po zdjęciu z kosien.


Overshot’y stanowiła 24 nitkowa sekwencja, którą udało mi się założyć na nicielnice bezbłędnie, jednak jej wybieranie to u mnie wielka improwizacja. Ogromnie się starałam, ale rozmowy i zapamiętywanie, co właśnie zrobiłam, chyba mi nie służyły. Nie miało to wielkiego znaczenia, bo wzór i tak był inny niż ten, który miał powstać. Pewna jego część została całkowicie schowana przez osnowę, ale też i to, co zostało, uwidoczniło się w dwójnasób. Mniej więcej w połowie, przy kolejnym błędzie straciłam nadzieję, że jakość to będzie wyglądać. Widziałam niedoskonałe brzegi ( nadal są brzydkie, ale ile mnie nauczyły), gęste i nierówne sploty płótna ( przewlekałam szczeliny po klika nitek), a wielkie oczy znajomej, kiedy dowiedziała się, że szal robię z szydełkowej bawełny, kazał sądzić, że „ nie idę na sukces” J

Dotarłam do końca, zła, że ta najprzyjemniejsza część tkania za mną, odcięłam całość i położyłam na podłodze. Zamarłam w zachwycie. Spodobało mi się wszystko. I bez wątpienia, mimo wielu niedoskonałości,  szal będzie wędrował ze mną na normandzkie plaże bardzo często.



 Szal po praniu i prasowaniu.
 

Metryczka:

Nici: bawełna 16/2

Płocha: 10, ale przewlekana na 25

Wzór:  ajoure suedois  z „ Tissage 600 diagrammes”

Wielkość szala po zdjęciu z krosien bez frędzli: 180 X 50cm

Wielkość szala po wykończeniu i praniu bez frędzli: 169 x 47cm

Kurczliwość wzdłuż i w poprzek – ok. 6%



Do zrobienia:

Odnaleźć konstruktora krosien i położyć go pod nimi. Uwolnić , gdy uzyska przesmyk wielkości kota, może być leżącego :)



Może nie ósmy cud, ale jednak :)

P.S.

Wybaczcie, że nie komentuję Waszych wpisów na Waszych blogach. Staram się czytać regularnie, ale mnogość zajęć powoduje, że czasu mam coraz mniej. Nie będę również w stanie odpowiadać na każdy komentarz u siebie. Wszystkich, którzy chcieliby napisać do mnie więcej, zapraszam do maila. Serdeczności!

czwartek, 25 lipca 2013

56.


Wakacje, wakacje, wakacje.

Gorąco jak w piekle. Mam wrażenie, że odkąd zamieszkałam w Normandii, ta chce pokazać  wszystkie swoje możliwości. Najchłodniejszą i pełną śniegu zimę, brak wiosny, jesień wiosną i tropikalne upały.

Nie piszę , bo dzieje się tak dużo, że  czasu na fotografowanie i składanie słów po prostu brakuje.

Przed wyjazdem do wód ;) , poczyniłam zakup. Wybrałam się po niego do Bretanii i choć do miejsca, w którym miałam odebrać swoje pierwsze, podłogowe krosna w systemie countermarch , dzieliło mnie 300 km, zabrało mi to zaledwie parę godzin.

W drodze powrotnej podjechałam  do Mont St. Michel  głównie po to, by zrobić takie zdjęcie ;)


Pomysł zakupu krosien urodził się niespodziewanie. Początkowo planowałam warsztat własnej konstrukcji, bo mam tak, że niektóre dźwięki słyszę jakby bardziej. Krosna jakie  dotychczas spotykałam  wydawały straszne jęki i były większe od małego fiata.  Naturalne więc było, że moje zainteresowania skierowały się ku krosnom stołowym i backstrapowi.  Wpadłam też na szatański pomysł zakupu używanych krosien w Szwecji ( Bożenko – DZIĘKUJĘ – raz jeszcze ), bo ich ceny są po prostu niebywałe ( wcale nierzadko ceną wyjściową jest 100 euro za Glimakrę Standard i szału kupujących nie ma) . Poczyniłam nawet kalkulację podróży do Szwecji , kiedy dotarło do mnie, że do Szwecji to ja mogę jednak pojechać w innym celu i rozpoczęłam poszukiwania na miejscu :)


Moje krosna to 4 Ra Ma. Niestety, niewiele o tej marce wiadomo poza tym, że już nie istnieje, a może istnieje , ale ma inną nazwę. Poprzednia właścicielka dostała je od znajomej. Używała ich z jednym rzędem półstopni , a ja dziś już wiem dlaczego. Krosna mają wiele zalet, ale i też całkiem sporo ograniczeń. Myślę, że tak jest zawsze,  kiedy z rzeczy bardzo specjalistach chcemy wykonać coś mocno uniwersalnego. Warsztat można rozłożyć na najdrobniejsze części pierwsze, co  uczyniłam z myślą, że tylko tak poznam wszystkie jego tajemnice.

 



Części zostały wyszorowane, nawoskowane ( zżarły wosk w pięć minut, więc powinnam zrobić to jeszcze raz… ale nie mam siły ;) i naprostowane ( ząb czasu dotknął je wilgocią). Następnie zostały złożone, osnute i wypróbowane. Ogromnie dziękuję Beacie z bloga „ przy krosnach” za pokazanie węzła pętelkowego. Sprawdził się u mnie lepiej niż  tradycyjny węzeł i pozwolił  zaoszczędzić całkiem zgrabną sumkę, bo planowałam zakup  zalecanego wszędzie sznurka Texalov, który, co zabawne,  u mnie w wiązaniu półstopni nie sprawdziłby się w ogóle. O tym za chwilę.


Osnucie krosien coutermarch jest wyzwaniem, ale bez przesady. Nie ma się czego bać. Plątanina sznurków tylko wygląda tak przerażająco. Warto po prostu poświęcić dzień i dokładnie zrozumieć jak krosna, których używamy działają.  Zaopatrzyłam się w broszurę o wiązaniu krosien z dwoma rzędami półstopni, ale zdecydowałam, że przeczytam ją, kiedy napotkam na kłopoty. Kłopotów napotkałam parę i akurat tych nie opisano J Moje półstopnie powiązane z dwoma lub trzema nicielnicami, aby zrobiły poprawny przesmyk dla czółenka wiszą na różnych wysokościach, mimo że podnosi je jeden pedał. Na nic wiązanie jak w książce, na nic manipulacja systemem zawieszenia nicielnic. Ten model po prostu tak ma, a winą obarczyć mogę jedynie zbyt ciasny sposób montowania półstopni. Wygląda na to, że to właśnie tu obie poprzednie właścicielki poległy i jeden rząd po prostu usunęły. To tu pętelki przesuwam o milimetry i sznureczek z gotowymi dziurkami by poległ. Ciekway okazał się też ten film
Gorąco polecam początkującym. Nie bać się cyrylicy , prowadząca mówi po angielsku ;)


Oto , co myślę po pierwszych próbach:

Zalety:

Wielkość ( 110 X 125 X 100). Mieści się naprawdę prawie wszędzie.

Szerokość tkaniny – teoretycznie 1m, ale nie sądzę, bym osnuwała płochę od początku do jej końca.

Całkowita demontowalność

Łatwość montażu

Łatwość osnuwania

Płynna,  cicha praca. Najbardziej słyszę obroty cewki w czółenku, ale to miły dźwięk.

Sześć pedałów w stosunku do czterech nicielnic

Dobry naciąg osnowy pomimo mizernego systemu hamowania ( dwie, drewniane zębaki)

Bawełniane struny do nicielnic ( do tej pory znałam lniane i nie polecam. Piękne struny poliestrowe pakowane po 100 kosztują u mnie 11 euro. Jeśli chciałabym mieć  200 na nicielnicy ich koszt byłby równy kosztowi zakupu moich krosien ;)

Dobrze wyglądają w pomieszczeniu

Dają niewiarygodnie duże możliwości tkania różnych wzorów przy osnuciu  tych samych strun w nicielnicach.


Ograniczenia:

Wielkość. Do konstrukcji użyto niewielkich elementów, które z czasem się odkształcają. Krosna wymagają suchego domu, a w postaci rozłożonej porządnego ułożenia i związania.

W konstrukcji zastosowano  wiele śrub zakończonych motylkami. Wygodne w użytkowaniu nie wytrzymują siły, jaka na nie napiera i żeby nie walczyć z nimi co dnia, lepiej zamienić je na normalne śruby.

Lekkość - powoduje przesuwanie. Konieczne okazało się zastosowanie silikonowych podkładek.

Dwa rzędy półstopni są zamontowane za blisko siebie i w zbyt małych otworach. Powoduje to nieprecyzyjną pracę półstopni. Nie że się nie da, ale jak się wie, że może być inaczej, to warto poprawić.

Za wysoko zamontowany wał tkaninowy. Na razie ogranicza tkanie dłuższych szmaciaków. Zostanie przeniesiony choć nie planuję ich tkania.

Wiązanie pedałów z półstopniami odbywa się na leżąco.



Podsumowaując:

Jestem zachwycona, a po głowie chodzą mi następne, niewielkie krosna Leclerc’a. Póki co bawię się wzorami i poznaję możliwości. Wysyp tkanin dopiero za jakiś czas :)