Pamiętacie ten sweter?
Pokazałam go, tu, na blogu ponad rok temu. Sweter jest wykonany z ręcznie przędzionej. Noszę go głównie na spacery i zabieram w podróże. Doskonale się sprawdza szeroki golf, kieszenie oraz przedłużone rękawy. Nieustająco poszukuję wełny ( ręcznie przędzionej ) idealnej, więc dodatkowo postanowiłam poddać ten wyrób wyśrubowanym testom. Byłam ciekawa jak ręcznie przędziona wełna zniesie byle jakie traktowanie. Czy się zmechaci, jak poradzi sobie miętolona w podręcznych torbach i co będzie, kiedy przestanę ją prać?
Eksperyment trwał ponad rok! Wynikami jestem zachwycona. Sweter składa się z dwóch gatunków wełny: szetlandu i bfl, przy czym to ten drugi znalazł się we wszystkich newralgicznych miejscach swetra ( boki, pachy, rękawy).
Wełna została uprzędziona z fabrycznie przygotowanej czesanki ( była więc dobrze wyczesana, dobrze posegregowana i zawierała dobrej jakości włókna). Gotowa nić była miękka, a przez to, że dość gruba ( druty 3,5) dawała bardzo mięsistą dzianinę.
Przez pierwsze trzy miesiące sweter wyglądał jak nowy, około piątego miesiąca pojawił się na nim wełniany meszek, który na mankietach i pod pachami zaczął zbijać się w kuleczki, nie było ich wiele. I z czasem niewiele ich przybyło. Nie usuwałam ich, więc to, co widzicie na zdjęciach to wynik ponad rocznego użytkowania. Wełna się nie wyciągnęła, nie skurczyła i nie zmieniła kształtu.
Co do prania. Bez obaw. Mimo, że nie był w wodzie, sweter ani nie śmierdzi, ani się nie lepi. Już kiedyś pisałam , że wełnianych rzeczy nie musimy prać często. Często trzeba je wietrzyć i poddawać nawilżaniu, dzięki któremu odzyskuje świeżość i formę. Normandia to miejsce wyjątkowo wilgotne i bogate w drobne deszczyki. Po każdym użytkowaniu sweter wietrzyłam, a jak była wilgotna pogoda ( u nas całą zimę ) pozostawiałam na dworze. Rezultaty przeszły moje oczekiwania. Oczywiście, nie namawiam do rocznego noszenia wełnianych rzeczy bez prania, ale z pełną odpowiedzialnością mogę podkreślić, zapewnić i jeszcze raz zachęcić do prania swetrów co jakiś czas, a nie po każdym założeniu. Prawdziwa wełna, daje sobie wyśmienicie radę z powracaniem do stanu pierwotnego.
Jestem z tego swetra bardzo dumna. Po roku, bez specjalnej troski, niewiele się różni od tego zaraz po wykończeniu. Czy to oznacza, że bfl jest wełną idealną i na wszystko? Nie do końca. Póki co okazało się, że bfl jaki uprzędłam był idealny na niezobowiązujący, sportowy model. Teraz zabieram się za testowanie merynosów, ale coś czuję, że rok to dla nich zbyt wiele.
Wszystkie zdjęcia, poza pierwszym, to zdjęcia swetra po rocznym użytkowaniu. Te na manekinie już po goleniu. Jestem ogromnie ciekawa, jak wyglądają Wasze swetry po rocznym użytkowaniu. Czy wymagają zmian?










