piątek, 9 marca 2012

13.


Nie samą pracą i nauką człowiek żyje. A już nie na pewno nie człowiek taki jak ja ;)
Diety poszły w odstawkę , bo  mieszkać we Francji i się odchudzać  to test dla najmocniejszych. A ani ja, ani M tacy nie jesteśmy.
Jemy , pieczemy i testujemy – z umiarem rzecz jasna,  a by uspokoić sumienie,  ćwiczymy ;) 
W naszym domu pojawiły się  makaroniki. Zresztą nie tylko u nas,  na świecie aktualnie trwa makaronikowa histeria.  Można jechać do Paryża po te najdroższe ( od Laduree lub Pierre Herme ), ale  można je zrobić  samemu. Niestety,  pierwsze próby były  opłakane. Makaroniki przypominały pękate i pulchne bezy. Bez finezji i bez chęci celebrowania przy nich kawy. Prawdziwy makaronik nie może mieć gładkiego brzegu i matowej skórki. Musi być błyszczący , płaski, z falbanką dookoła. No taka fanaberia J


Porzuciłam   polskie przepisy i udałam się do francuskich źródeł.  Wyszły , bez modlenia i krzyżowania palców.  Makaroniki francuskie to  coś  innego niż  włoskie specjały o tej samej nazwie . Francuskie są warstwowe, nadziewane, bardzo delikatne, mają  chrupiącą skórkę i niezwykle ciągutkowaty  środek.
Bywają w wielu kolorach i smakach. Ja, zdecydowałam się na klasyczne z kremem czekoladowym ( ganache )  oraz cytrynowym ( lemon curd ).  Robi się je szybko, a nie zapomina długo. Jeśli ktoś zechce podam przepis.




Smacznego!

Uzupełnienie z przepisami

Makaroniki
125 gram drobno zmielonych migdałów
250 gram cukru pudru ( ale można dać troszkę mniej np. 200 )
100 gram białka ( zazwyczaj to 3 białka i lepiej by go było mniej niż więcej )
20 gram drobnego cukru.

1.       Mieszamy migdały z cukrem pudrem bardzo dokładnie. Jeśli migdały mają zgrubienia, przesiewamy przez sito. Jeśli możecie kupić tylko płatki migdałowe, możecie je domielić. Najlepiej dodać do tego mielenia cukier puder, by z migdałów nie zaczął wydobywać się tłusty olejek. Odradzam mielenie całych migdałów, chyba że macie czas na ich suszenie.
2.       Ubijamy białka na sztywno, ale jedynie tak, by piana trzymała się miski po odwróceniu. Mocniej nie trzeba, bo wyjdą popękane bezy. Po ubiciu piany wrzucamy 20 gram drobnego cukru i miksujemy max. 3 minuty.
3.       Do piany wrzucamy wymieszany cukier z migdałami. Ale nie cały od razu, tylko podzielony na trzy części. Mieszamy delikatnie. Masa ma być elastyczna i lśniąca, podobna do bardzo gęstej śmietany.
4.       Jeśli chcemy by makaroniki miały jakiś kolor teraz dodajemy barwnika spożywczego lub 15 gram kakao.
5.       Ciasto nakładamy do rękawa cukierniczego lub woreczka i wyciskamy na śliski papier do pieczenia lub podkładkę silikonową  kleksy  takie mniej więcej  1,5 -  2 cm. Zachowujemy odstępy, bo ciasto się jeszcze rozleje.
6.       Po  wyciśnięciu całości ciasta, uderzamy blachami o blaty, by pozbyć się niepotrzebnego powietrza. Można też blaszki postukać od spodu jeśli ktoś nie lubi walenia J
7.       Makaroniki pozostawiamy do przeschnięcia na 15- 30 min. Po dotknięciu palcem nieupieczone  ciasto nie powinno przykleić się do palca.
8.       Nagrzewamy piekarnik do 150 stopni i lepiej by była niższa niż za wysoka. Wybieramy opcje z termo obiegiem, a jak ktoś nie ma najlepiej zostawić nieco uchylone drzwiczki.
9.       Pieczemy max. 15 min.
10.   Zdejmujemy dopiero jak ostygną! Uwaga są bardzo delikatne.
11.   Na połowę rozkładamy rękawem cukierniczym kremy. Nakładanie łyżeczką może spowodować połamanie makaroników L

Najlepiej zostawić je na 24 godziny w chłodnym miejscu do dojrzewania. Są boskie… ale kto by dał radę doczekać ;)

Krem cytrynowy ( lemon curd ).
3 cytryny
3 żółtka ( te od białek ;)
85 gram masła
½ szklanki drobnego cukru

Ścieramy skórki z cytryn. Wyciskamy sok. Żółtka rozbełtujemy widelcem, dorzucamy cukier i sok z cytryny.  Ubijamy razem na parze aż masa osiągnie konsystencję jogurtu – jeśli ktoś chce może mierzyć temperaturę masy. Ma mieć nie więcej niż 75 C. Zdejmujemy z pary, dorzucamy skórkę oraz masło i mieszamy do rozpuszczenia masła. Odstawiamy do wystygnięcia. Curd może stać parę dni w lodówce, w słoiczku.
Zamiast cytryny można dać pomarańcze, albo sok z malin, albo co tam komu do głowy przyjdzie.

Krem czekoladowy ( ganache )
200 lub 250 gram gorzkiej czekolady, drobno posiekanej
250 ml. śmietanki 35 % J
60 gram masła
Gotujemy śmietanę. Jak zawrze, zdejmujemy i wlewamy do czekolady, mieszamy. Dorzucamy masło ( również drobno pokrojone ). Kiedy uzyskamy jednolitą masę, odstawiamy do ostygnięcia.
Chować przed facetami J)


czwartek, 1 marca 2012

12.

Trois
Trzy kolory i trzy rodzaje włókien.
BFL, corriedale, szetland.
 Każdy inny . Połączę  je w jednej chuście.
 Od zawsze podobały mi się takie pomysły, a teraz dorosłam do tego, by taki mieć .  Poza tym, chcę zobaczyć, jak  wyrób z różnych gatunków owiec  wygląda użytkowany  w taki sam sposób, w takim samym czasie,  przez taki sam okres.



Podobnie jak Kalina rozpoczęłam poszukiwania wełny idealnej. Chcę mieć taką, która po 10 latach ciągle wyglądać będzie jak nowa. Do swetrów codziennych nie nadaje się nic super miękkiego, ale na takie zakładane raz w miesiącu to i owszem.  Dobrym wyborem może być właśnie 100% bfl, corriedale, szetland, ale jeszcze lepszym  mieszanka.  A skoro umiem prząść … wszystko w moich rękach :)
Ukręciłam ponad 800 gram.  Na normalne szpule  majacraft udało mi się nawinąć  po 200 gram singli ( ! ) . Motki nie są równe, ale też  przestałam dbać o to, by były jak ze sklepu. Jedne mają 97 gram inne 140. Średnia na 100 gram dała mi 450 m wełny potrójnej i przyjemnie elastycznej ( świadomy zamiar ).


W powietrzu wiosna.  Na polach trwają prace. Ptaki latają jak oszalałe, a wokół mnie zapada czasem taka cisza,  jak w Lądku Zdroju Kurorcie :)
Rozpoczęłam intensywną naukę języka. Zaparłam się, ale to będzie cud, jeśli go szybko opanuję :)

niedziela, 19 lutego 2012

11.

W   i we w tę
Obiecałam parę słów o oczkach od tyłu i o tym jak dziergałam chustę.
Voila ;)
Przestawiony sposób pozwala  uniknąć przeplatania nici na brzegu  oraz cięcia np. wełny ręcznie przędzionej lub innej szlachetnej, na której nam zależy. Cięta będzie jednak wełna, którą w robótce będzie przerabiany jeden, kontrastowy  rząd.
Potrzebujemy:  drutów na żyłce ( wymóg konieczny ) oraz  wełny.



Ja, posługiwałam się tylko wzorem francuskim, więc na początku moja robótka wyglądała tak:


Moje oczka różnią się nieco od sposobu w jaki przerabia je większość z Was.  Od Tinki dowiedziałam się, że to sposób rosyjski. Szczerze przyznam, że oczka interesują mnie tylko pod kątem dobrego lub złego wykonania J Swoje nabieram tak, jak nabiera się koraliki na sznurek.  Dzięki temu ich nóżki są u mnie:  jedna – przed drutem, a  druga za. Oczka prawe przerabiam wbijając lewy drut od prawej strony.



Po przerobieniu ustalonej wcześniej ilości rzędów, przesuwam całą robótkę na drugi koniec drutów. Biorę wełnę przeznaczoną do wykonania rzędu kontrastowego i przerabiam go oczkami lewymi, wbijanymi od spodu robótki.


Dochodzę do końca rzędu i miejsca, gdzie zostawiłam wełnę kolorową, odcinam tę kontrastową i kolejne rzędy wykonuję oczkami lewymi łapanymi w mojej robótce od tyłu.



Po wykonaniu odpowiedniej ilości rzędów, ponownie przesuwam robótkę, przerabiam rząd kontrastowym prawymi oczkami, dochodzę do miejsca wełny kolorowej i ponownie wykonuję robótkę rzędami prawymi.


Nieszczęśliwie wybrałam wełny mało różniące się kolorem.  Moja, kremowa nić kontrastowa stała się niewiele widoczna. Do zdjęcia wzmacniam ją  więc drutami wbitymi tam, gdzie ma być nić kontrastowa.



W gotowej dzianinie nie widać żadnych różnic. Oczka nie są ani mniejsze, ani większe, nie przechylają się też w żadną ze stron. Do chust  i szali, w których mamy proste wzory i zależy nam tylko na jedym rzędzie w innym kolorze  to idealne  rozwiązanie .




To tylko wygląda jakby było skomplikowane. Spróbujcie a zobaczycie jakie to proste :)

czwartek, 16 lutego 2012

10.

Śniegi stopniały, mrozy puścił! Można w końcu zacząć myśleć o wiośnie ;)



Całkiem niedawno, ale jeszcze  w Pradze miałam przyjemność spotkać się z dziewczynami, kochającymi wełnę dokładnie tak samo jak ja. Jedna z nich,  Kasia,  miała na sobie prześliczny, ujmujący prostotą szaliczek. Pękałam z dumy, że tak pięknie kręci swoje nitki i że to ja ją tego nauczyłam. Najpierw po cichu, a potem na głos zaczęłam wyrażać swoje zachwyty. Oczy Kasi robiły się coraz większe aż w końcu z rozbawieniem skonstatowała, że cieszy się ogromnie i nie dziwi komplementom, bo  to moja wełna J
Pycha to wielka Pani, wstyd L Niestety, nie pamiętam swoich wełen… Rozpoznaję techniki, składy,  błędy…, ale własną wełnę z coraz większym trudem.  Była ich już taka masa, powtarzają się kolory…



Tak, czy siak. Szaliczek Kasi ujął mnie i natychmiast zapragnęłam czegoś podobnego.  Nie chciałam jednak, żebyśmy w czasie spotkań dochodziły, który szalik jest czyj, więc  machnęłam chustę ;)
Chodziło tylko o to, by wzór był prosty i koniecznie ten kolor.



Zrobiłam ją tak jak  się robi Stripe Study Shawl by Veera Valimaki . Wiedziałam jednak, że nie mam potrzebnej na oryginał  ilości wełny i że moja ( wełna rzecz jasna ) różni się parametrami.  Dorzuciłam białą angorę z jedwabiem, ale  i tak na oryginał wełny było za mało. Ustaliłam więc  własne zasady i wydziergałam. Nie chciałam ciąć wełny ręcznie przędzionej ani przeciągać jej na brzegach chusty, co wymusza wrabianie jednego rzędu w robótkę,  i raz jeden pasek wykonywałam  oczkami prawymi a raz tylko lewymi, łapanymi od tyłu. W chuście różnicy nie widać. Niespodziewanie ( za dużo rzędów skróconych ) otrzymałam całkiem zgrabną szerokość  i długość i nie tylko da się tę chustę oplatać koło szyi, ale do tego jeszcze można ją nosić spiętą szpilką i wyszczuplać sobie talię, co podoba mi się niezwykle ;)



Wzór: Stripe Study Shawl by Veera Valimaki, dziergany według własnych zasad
Wełna: ręcznie przędziona i farbowana ; merino & seacell; kolor Monet oraz angora & jedwab;  łączne zużycie ok. 560m
Druty: nr 3

Miałam też   swoich pierwszych gości!  Odwiedziła mnie Tinkusia z Córką. Jakie to miłe uczucie gościć gości J I choć spotkanie miało charakter towarzyski, myślę, że mamy dwie nowe prządki J

niedziela, 5 lutego 2012

9.

Zasypało!
Zasypało nie tylko Rzym i Paryż. Zasypało moją wioskę :)



Moją bramę na świat ( podjazd  Ślubny odśnieżył zrobioną przez siebie  piękną łopatą . Do łopaty ustawili się sąsiedzi ))).


Zasypało Hrabinię...


I różyczki Mera też zasypało...
.


Mieszkańcy pozamykali się szczelnie w domach.



A ksiądz bardzo słabiutko wybija na wieży godziny….

Zima w Normandii. Jak się okazuje wcale  nie taka znów rzadka :)


czwartek, 2 lutego 2012

8.

Światło
Kocham, tak samo jak wodę. Godzinami mogę gapić się w przestrzeń obserwując li tylko zmianę jego natężenia i drgania obrazu, jakie wywołuje swoim ciepłem. Dziś mogę patrzeć tylko w okularach, ale kiedyś…..  ;)



Nie mogę napisać , że światło Normandii jest dla mnie zaskoczeniem. Wiem , dlaczego impresjonizm urodził się właśnie tu, ale po zaczadzonej Pradze ( listopad spowił ją smogiem  i pewnie trzyma do teraz ) to coś absolutnie zachwycającego. Zresztą, uwielbiam prząść przy świetle małej lampki padającej na czesankę. Widzę wtedy takie cuda, że nie muszę oglądać  żadnych innych.



Dzisiejsze zdjęcia to tylko światło. Nie pracowałam nad kolorami, nie obrabiałam ich, w ogóle staram się tego nie robić i czasem bywa różnie. Sprzędziona ręcznie wełna błyszczy dzięki jedwabiowi ( wielbłąd  z jedwabiem tym razem mulberry ) i wybijającemu go światłu. Wełnę beretki  zrobiłam na wrzecionie z dorosłej alpaki. Jej kolory bez blasku światła nie zachwycają mnie w ogóle, choć miękkość powala.  Niestety, berecik nie dla mnie. Wyglądam  w nim …  wiadomo jak ;)



Odwiedzającym mnie gościom  w Normandii będę go prezentować jako farbiarską  porażkę i oddam jak tylko znajdzie się zachwycony ;)
A moteczek też na prezent…

sobota, 28 stycznia 2012

7.


„ – Zdrówko, jesteś tam?
- Jestem, jestem „
            
                Cytat z filmu „ Jasminum”
Ja też jestem, choć szczerze przyznaję nie wiem jak się czuję i co myśleć ;) 
Wiem za to, że cieszę się, że czekacie, piszecie i wspieracie mnie :) 
W końcu jednak stała się jasność  - mam  Internet J  Pan od kabla był,  tak jak się umówił. Sprawa była prostsza niż myśleliśmy. Numer telefoniczny pojawił się po 40 min., tylko box od operatora wędrował  po świecie, a my cieszyliśmy  się jak dzieci, że poleciał tylko na drugi koniec Francji, a nie do Pragi czy Wrocławia ;)
Sztuczki wkładania awizo do skrzynki, bez pukania do drzwi, są znane również we Francji ;)  Mieszkam w centrum wsi, więc i mera, i pocztę mam pod nosem, ale trochę mnie to wkurzyło.  
Kursu francuskiego  nie zaczęłam, bo robię „ rozpizduchę” ;) Scentralizowany system obsługi przesiedleńców w firmie mojego M został przeniesiony do…. Warszawy. Pani w Warszawie ucieszyła się, że będzie mogła mówić i pisać do nas po polsku oraz natychmiast z radością poinformowała, że kurs już jest  i że będzie pięknie,  bo wybrała firmę „B”, gdzie godzina kosztuje 250 zł! Na moje, że ja nie chcę, bo zależy mi na jak najdłuższej nauce i przygotowaniu do egzaminu państwowego i chcę       „ AF” Pani szybko odrzekła, że mowy nie ma, bo „ ONA JUŻ ROZMAWIAŁA”.  O tym, że Pani wydaje nie swoje pieniądze, że jest do pomocy i wsparcia i nie posiada żadnej władzy Pani udaje, że nie wie.  Francuzi na takie dictum stracili oddech i rzucili się pomagać.  Sprawa w toku ;)




Blog wraca na swoje, rękodzielnicze  tory. Pokazuję w końcu Still Light Tunic by Veera Valimaki. Wykonałam ją z własnej wełny, mieszanki wielbłąda z jedwabiem Tussah. Wełna wyszła jakościowo przecudna, a co do koloru,  to wiadomo. Jednym się spodoba, innym nie. Biorę pod uwagę, że jak mi się znudzi ten melanż, przefarbuję go  ;) Tunikę mocno wydłużyłam – zgodnie z pomysłem na mój nowy styl ubierania się. Doszłam też  do wniosku, że miejsca dodawania oczek na kieszenie optycznie wysmuklą sylwetkę. Poszłam na całość i jestem ogromnie zadowolona. Tunika jest tak wygodna i miękka, że nie chce się jej zdejmować.
Coraz częściej zaczynam marudzić w sklepie nad wełną. Coraz chętniej dziergałabym tylko z własnej  i jestem , tak zupełnie na poważnie, bliska porzuceniu kupowania gotowych wełen w ogóle.  To oczywiście wydłuży powstawanie projektów, ale nigdy nie dałam się wpędzić w dzierganie na czas, więc kłopotu nie ma. Poza tym chcę w tym roku mocnej skoncentrować się na własnych projektach, a ręcznie robiona wełna  podkreśli ich inność.



Co prawda powątpiewano, że wełnę na Still Light Tunic zrobiłam sama, podobnie jak nie wierzono, że wydziergałam ją ręcznie, ale są tacy co widzieli i zaświadczyli J



Wzór: Still Light Tunic by Veera Valimaki
Wełna: ręcznie przędziona i farbowana/ mix 50%-50% wielbłąd & Tussah
Druty: nr 2
Zużycie: ok. 1600 m

P.S.
Najbardziej prawdziwe kolory są na zdjęciu z guziczkiem, kupionym 19 lat wcześniej ;) Wełna nie była cięta, szersze paski to wynik świadomego farbowania.