niedziela, 26 maja 2013

PRZĘDZALNIA, cz.II

A. Hackle, B. Hand Carder, C.Flick, D.Grzebień, E.Hand Comb


Gdyby parę lat temu, ktoś powiedział mi, że będę umiała robić własne wełny, że będzie sprawiało mi to tyle radości ile sprawia – nie uwierzyłabym. Fascynacja przędzeniem spadła na mnie nieoczekiwanie i z wielką mocą. Miałam wrażenie, że nowe umiejętności wcale nie były nowe. Znałam je, wiedziałam jak je wykonywać i za każdym razem kiedy brałam przygotowaną do przędzenia czesankę, myślałam: „Za tym nie musisz już tęsknić”. Dla mnie to nie tylko rzemiosło. Lubię rozumieć wełnę, wiedzieć w czym będzie jej najlepiej. Nie planuję, że dziś zrobię 1000 metrów wełny grubej i że 1kg zafarbuję na zielono. Dotykam, oglądam i po prostu wiem, co zrobić.


Ucząc innych, trzymam się jednak zasad, nie poezji. To, co pojawi się w PRZĘDZALNI będzie tym, co wiem i o czym mówię na swoich warsztatach. Staram się, by moja wiedza była rzetelna i wolna od wszechobecnej nowo-nauko-mowy. Nie trzeba z niej korzystać. Można robić inaczej, bo przędzeniem można się bawić i eksperymentować ( pod warunkiem, że nie jesteś rekonstruktorem albo konserwatorem ).


PRZĘDZALNIA

Część II

Narzędzia



Wiemy już, jak wygląda proces przędzenia wełny w mini przędzalni( jeśli tego nie widziałaś, oglądnij koniecznie). Teraz skupimy się na narzędziach, które umożliwią pracę z runem wprost ze strzyży lub włóknami wstępnie przygotowanymi do przędzenia, ale ciągle stanowiącymi  półprodukt.

Niektóre ( narzędzia) znajdziesz zapewne w domu lub kupisz nie wydając fortuny. Zakupy pozostałych, będziesz musiała poważnie przemyśleć.

Podobnie jak nie ma jednego, uniwersalnego kołowrotka ( o tym będę jeszcze pisała ), tak nie ma jednego, doskonałego narzędzia do przygotowywania włókien. Wbrew obiegowej opinii nie jest nim nawet drum carder / zgrzeblarka.



Zestaw prządkowych przydasi może składać się z metalowego grzebienia ( albo mocnego, plastikowego )i szczotki do czesania zwierząt domowych o drobnych i łagodnych igłach, ale równie dobrze może to być komplet hand carders /zgrzebeł ręcznych( zwanych powszechnie szczotkami lub gręplami) , drum carder’a / zgrzeblarki( zwanej gręplarką ) , zestawu hand combs/ w polskim chyba czesaków*, hackle’a / deski z gwoździami** , flick carder’a / małej szczoteczki z drobnymi igłami ( najlepiej od razu z podkładką typu blending board), blending board’u/ podkładki zaopatrzonej w drobne igiełki na ruchomej podstawie i wreszcie wool picker’a / narzędzia ułatwiającego rozluźnianie wypranego runa przed zgrzebleniem.

Na pewno pomocny okaże się wiklinowy kosz, do którego będziemy mogli złożyć nasze narzędzia, by zawsze były w komplecie i pod ręką. Ideałem jest pracownia i odpowiednie regały, ale niewiele z nas może sobie na to pozwolić.

To jak bogaty będzie Twój zestaw zależy nie tylko od zasobności portfela, ale przede wszystkim od tego, co chciałabyś robić i na co się nastawiasz. Moim zdaniem, na początku przygody z przędzeniem, mniej znaczy lepiej.




Z MOJEGO DOŚWIADCZENIA:




1.Jeśli zaczynasz przygodę z przędzeniem sama i masz albo kołowrotek,  albo wrzeciono wybierz gotową czesankę w taśmie. Zaletą takiego rozwiązania jest poznanie jak ma wyglądać uczesane włókno, ułatwia ono również opanowanie podstawowych technik. Osoby, które trafiają na różnego rodzaju kursy mają szanse poznać wszystkie lub większość z potrzebnych do przędzenia narzędzi naocznie (bo tak powinien wyglądać profesjonalny kurs) i wstępnie ocenić, czy ich używanie oraz to, co dzięki nim osiągną im się podoba. 
2. Kiedy opanujesz przędzenie na tyle, że jesteś pewna, że to zajęcie dla Ciebie, zastanów się jakiego rodzaju wełny chcesz robić. Czy wystarczy Ci wełna „ jak ze sklepu”? Jeśli tak, nie potrzebujesz żadnych narzędzi. Wystarczy komercyjna czesanka. A może ciągle nie wiesz i chcesz spróbować, jak  będzie z runem, które sama wypierzesz i wyczeszesz? Na początek kup więc metalowy grzebień i dwie duże (psie) szczotki. Taki zestaw pozwoli Ci spróbować, ale na pewno nie nadaje się do wyczesywania kilogramów runa. Nie jest też zestawem małowartościowym! Ja do dziś, do czesania włókien długich pod nici worsted/ czesankowe, używam po prostu grzebienia

Hand carders & flick

  
     3.  Hand carders /zgrzebła ręczne przygotowują włókna do przędzenia woollen / zgrzebnego. Cechą charakterystyczną wyczesanego na zgrzebłach runa jest ułożenie włosów w różne strony. Nieźle trzeba się natrudzić, by uporządkować to bardziej. Jeśli ktoś się uprze, musi wiele razy rozciągać takie włókno, przepuszczać przez diz i znów rozciągać, i znów przepuszczać przez diz. Jeśli chcesz z własnego runa robić nici puchate i miękkie para zgrzebeł wystarczy.



 Mini combs set

 4. Osobom, które zdecydują się na przędzenie z własnoręcznie przygotowanego runa  na pewno przydadzą się hand combs/ czesaki. Umiejętnie ich wykorzystane daje doskonałej jakości włókno pod nić worsted/ nić czesankową gładką, mocną i lśniącą ( bo ułożone równolegle włókno lepiej odbija światło). Trzeba pamiętać, że grubość igieł dobiera się do grubości włókna. Im runo delikatniejsze, tym igły wyższe i cieńsze.                                                                   5. Flick carder - to natomiast idealne narzędzie do czesania długich loków (np. suri albo wensleydale ). Jeśli nie będziesz robić tego często, kup go, jak zdobędziesz narzędzia bardziej potrzebne. 
     6. Hackle / deska z gwoździami – używam jej głównie do mieszania różnego gatunku włókien i kolorów oraz do przepuszczania ich przez diz. Możemy go wykorzystywać również jako jeden z hand combs’ów.




 Wool picker

 Wool picker


  
7.  Wool picker - przyda się tym, którzy kilogramami przetwarzają runo ze strzyży. Bardzo pomaga, bez rozluźnienia nie uczeszesz żadnego włóka. Rozluźniamy nawet małe ich ilości i nawet wówczas, gdy używamy hand carders’ów .





  Elektryczna zgrzeblarka
 
8. Drum carder / zgrzeblarka -  marzenie wielu prządek. Jedno z droższych narzędzi, bywa droższe od kołowrotków. Ułatwia zgrzeblenie dużej ilości włókien, pomaga przygotować różnego rodzaju mieszanki w tym do przędzenia nici artystycznych. Jego najlepszą wersją jest zgrzeblarka elektryczna. Długie wielokrotne czesanie, ręczne rozciąganie i rozrywanie czesanki na taśmy, daje szanse przygotowania włókna do przędzenia worsted.


9.  Wszystkie narzędzia należy utrzymywać w porządku i czystości. One, tak jak buty, mówią o Tobie wszystko. Po każdym użyciu usuwaj pozostałości. Nie czesz nimi niepranego runa niewiadomego pochodzenia.

  
 Moimi ulubionymi narzędziami są: grzebień (zwykły), hackle i drum carder. Dzięki nim nadaję swoim niciom charakteru, na jakim zależy mi najbardziej.



*biorąc pod uwagę, że angielskie „comb” to grzebień, a czynność wykonywana grzebieniem to czesanie, nazwa czesaki dokładnie oddaje istotę tego, do czego te narzędzia są potrzebne.
**niektóre słowniki angielsko - polskie podają dla definicji „hackle” znaczenie cierlica. Dla tych, którzy nie wiedzą, co to jest podaję, że cierlica to przyrząd bardzo podobny do wielkich nożyc, którego celem jest zgniatanie i łamanie łodyg lnu, czy konopi. Słownik oksfordzki podaje, że „hackle” to “a comb or board with long metal teeth for dressing flax, hemp, or jute” i my, używamy go właśnie w tym znaczeniu, jeśli więc już do czegoś hackle w Polsce porównywać, to raczej do jednorzędowej dzierlicy.


piątek, 24 maja 2013

51.





Farbowanie materiałów.

W końcu  mnie wzięło , ale tylko eksperymentalnie i  dla siebie. W szafach zalegało parę metrów jedwabnej krepy. To właśnie  z niej uszyłam tunikę pod chałat, której brzeg wykończyłam ręcznym farbowaniem na zimno. Prostota tego zajęcia zachęciła mnie do dalszych działań. Zanim jednak wpadłam, że lepiej barwić metraż niż gotowe rzeczy, kolejna bluzka z krepy była gotowa.

Nie kupowałam  specjalnych barwników, wykorzystałam te, których używam do wełny i czesanki, bo jedwab doskonale przyjmuje kolory. W zbyt wysokiej temperaturze traci zresztą połysk.





Moja zabawa z farbami to nie  „eco deying”,  czy „ eco printing” tylko zwykłe farbowanie syntetyczne. Żeby jednak nie wyszło zbyt prymitywnie, postanowiłam wykorzystać technikę shibori polegającą na obwiązywaniu rury sznurkiem. Bardziej zaawansowane techniki shibori  wymagają pracowitych wiązań i przeszyć – a już w poprzednim poście umówiliśmy się, że to jednak nie moja bajka :)

Rury nie było, więc wykorzystałam wazon. Rozrobiłam kolory, które nie powalają, ale zdecydowałam, że będą takie, w których mi dobrze, a niestety, dobrze mi  w kolorach, które nie zachwycają. No, ale…





Obwiązałam wazon i zaczęłam pędzlowanie. Za późno się zreflektowałam żeby nie być zbyt dokładną, więc na dole bluzki w kolorach dzieje się niewiele, za to góra… góra mnie zachwyciła.



Wyszło z tego „ dziecko – kwiat” i mąż jak to ma w zwyczaju mocno się usztywnił, kiedy zobaczył produkt finalny. Nawet wyraził opinię, że akceptuje moje poszukiwanie stylu, tylko czy aby nie posunęłam się za daleko ;)? Definitywnie zmienił zdanie, kiedy mnie w tym zobaczył. Jest dobrze.


  
A tu detale, szwy i wykończenia.


W związku tym, że załapałam, o co w rolowaniu chodzi  i wiem, że pierwsze wyszło mi zupełnie nie tak, zafarbowałam nowy kawałek i dorobiłam jeszcze wełnę artystyczną i… będzie następna tunika :)



piątek, 17 maja 2013

50.





Chałaty, chałaty….

Udało mi się skończyć to, co zaczęłam rok temu. Choć od razu miałam pomysł jak mają wyglądać szydełkowe motywy, które już Wam pokazywałam  i wiedziałam, że chcę,  aby były naszyte/przyklejone do jedwabnej żorżety  za nic nie mogłam zdecydować, jaką  wybrać formę tego, na czym mają one być.

Męczyło mnie to okrutnie. Od razu odrzuciłam wszystko, co skomplikowane. Żadne tam kryte kieszenie, zameczki, obszywane rozpierdaczki. Nie żebym nie umiała. Kiedyś szyłam naprawdę dużo. Nieoczekiwanie straciłam do tego serce. I jakoś nie mogłam się przemóc.

W końcu stanęłam przed lustrem, przykleiłam do siebie kawał papieru, odrysowałam na oko, co, gdzie ma być wycięte i zrobiłam formę, choć słowo forma jest tu mocno nadużyte;) Wyszło, że uszyję tunikę z raglanem oraz fartuch vel chałat, vel coś tam.





Wszystkie szwy tuniki ukryłam ( szew francuski ), a dekolt obleciałam drobniutkim, pięknym endlem . Tak, endlem. Uczyłam się szyć, kiedy wszystko się endlowało, choć pewnie teraz powinnam napisać „ oblatywało zygzakiem” .  Endel mojej maszyny  jest naprawdę uroczy i zupełnie przypomina szydełkowe wykończenia batystowych chusteczek ( a batystowa chusteczka, to coś takiego, co jeszcze 30 lat temu panie nosiły w torebkach ). Oczywiście,  w prawdziwym krawiectwie zostawienie na widoku takiego wykończenia, podobnie jak fabrycznego brzegu, mogłoby doprowadzić do bezdechu niejedną poważną krawcową, ale o dziwo – mnie nie doprowadza  ;)

Może gotowe, kupowane od lat rzeczy, nawet dobrych marek, nauczyły mnie odporności?

W każdym razie tunika powstała bez bólu, jako i żorżetowy chałat. Czuję się w tym rewelacyjnie! I gdyby nie wszechogarniające nas zimno, chodziłabym w nim od świtu do nocy. Do wąskich spodni i letnich sandałów jest jak marzenie. Znaczy moje marzenie ;)





Z rozmachu,  i gdyż albowiem maszyna była na stole, machnęłam jeszcze komplet czarny ( właśnie go ozdabiam , banalnie prosto acz spektakularnie ) oraz trwając w rozpędzie, wycięłam kolejną  tunikę o nieco innym raglanie  z, uwaga, OBSZYTYM,  a nie endlowanym dekoltem. Dla odmiany, tę tunikę, owinęłam na grubym wazonie i zafarbowałam. Co także pokazane zostanie :)

W planach mam jeszcze kilka innych chałatów tunik i farbowanek, ale mam też ochotę na pewne przędzalnicze eksperymenty, więc się zobaczy , co zwycięży.


A tu, farbowany na zimno, brzeg tuniki.

Poniżej jeszcze dwa zdjęcia, bo wyszło na to, że wcześniejsze, nie pokazują ogonów. Tunikę można oczywiście nosić bez chałata, np. z szalem.




I jeszcze zbliżenia grubo – cienko dla Kate i Pimposhki.

Francuz

Dziersej

P.S.
Kolory od czapki. Ledwie zbliżone do oryginałów. Za późno zabrałam się za fotografowanie no i wyszło, co wyszło.

piątek, 10 maja 2013

Przędzalnia




Część I

Wizyta w mini przędzalni



Woollen/Woolen * czy worsted?  Czesać, czy gręplować?  Prać, czy nie prać?  Skręcać, czy nie skręcać?

Oto dylematy współczesnych prządek.


Pod wpływem rosnącej ilości  blogów dotyczących przędzenia,  postanowiłam zebrać wszystko, co do tej pory o tymże  napisałam, nadać temu atrakcyjniejszą formę i w częściach , systematycznie Wam  udostępniać .
Oczywiście to propozycja dla tych, którzy chcą .  Dla mnie  to o tyle ważne, iż prowadzony  od pięciu lat blog „ fanaberia w pradze”  zamknęłam dla publiczności. Dziękuję wszystkim, którzy go odwiedzali.

Na bocznym pasku bloga  pojawiać się będą przydasie. Aktualnie zamieściłam tam słownik terminów angielskich dotyczących przędzenia  wraz z ich wyjaśnieniem  (wyjaśnienia są również  po angielsku) .  Swoje obecne warsztaty prowadzę   w tym języku, przędzenia nauczyłam się  zagranicą i dla mnie posługiwanie się tym słownikiem jest naturalne.  Kiedy tylko to będzie możliwe, w nawiasach, zamieszczać będę  polskie nazwy lub opisy.  Moim celem jest jednak proste przedstawienie tego, co dla wielu stało się wielką pasją. Nie planuję wykładania na wydziałach włókiennictwa, w liceach  zawodowych, nie planuję pisania doktoratu, nie zajmuję się aktualizacją przędzalniczego  słownictwa, dlatego możecie być spokojni. Będzie jasno, a czasem nawet naiwnie.  Tak trochę po amerykańsku. W kwestii nauczania to dla mnie niekwestionowani liderzy. I choć w Polsce styl ten ma  wielu przeciwników,  chyba nie zauważa tego Akademicki Ranking Uniwersytetów Świata i na liście Top 500 na pierwszych dziesięć  miejsc  – osiem przypada Stanom Zjednoczonym ( 1 miejsce Harvard ) , a  dwa Wielkiej Brytanii ( miejsce piąte Cambridge,  dziesiąte  Oxford) . Dwa  polskie  uniwersytety znajdują się w grupie między 301 – 400  i jako pierwszy wymieniany jest Uniwersytet Jagielloński,  jako drugi Uniwersytet Warszawski .


Mój cykl  nazywał  się będzie : Przędzalnia ( Fiber Mill ) i każdy z wpisów  poświęcony przędzeniu będzie nim zaopatrzony wraz z nr części i podtytułem tak, by osoby zainteresowane wiedziały, że dziś fanaberia pokazuje, co wie.

Chwalenie się własnymi udziergami pozostaje bez zmian i będzie opatrzone , jak dotychczas, tylko numerem J

O tym kim jestem możecie przeczytać w zakładce:  O mnie.  O przędzeniu wiem tyle,  ile przez ostatnie lata mu poświęciłam ( np. 14 godzin dziennie z każdej dobry przez 5 lat ). Jestem tej wiedzy pewna jak mało czego.  Uspakajam,  więc niespokojnych. Nie obwieszczam światu, że jestem mistrzem, tylko dziele się tym, co wiem.  Uwielbiam słowa Kory Jackowskiej: „ Ja jestem amatorem całe życie. Państwo na mnie patrzą i patrzą na amatora. Co nic nie znaczy. Co znaczy amator? Amator jest od amandi ( mój przypis : łacińskie amatorem ), od kochania. Ja jestem amatorem , jeżeli komuś moje amatorstwo nie odpowiada – voila!”**   I sama bym tego lepiej nie ujęła J



Donc – jak mawiają Francuzi, Zaczynamy!



Przędzalnia

Część I

Wizyta w mini przędzalni



Na początek proponuję wizytę w mini przędzalni ( ang. mill używane  w znaczeniu młyn, fiber mill lub wool mill - przędzalnia, weaving mill - tkalnia ). Do dyspozycji mam niewiele. Filmiki,  jakie proponuję,  choć po angielsku i w skromnych warunkach,  pokazują obróbkę wełny od prania,  suszenia, poprzez rozdrabnianie,  zgrzeblenie, czesanie aż do przędzenia. Wszystkie te czynności będziemy powtarzać w domu, przygotowując  własną wełnę. I nawet jeśli nie zrozumiecie ani słowa, już na zawsze zapamiętacie, że zgrzeblenie to nie to samo co czesanie i  że choć  card clothing/ carding machine ( przemysłowa zgrzeblarka )  układa włókna równolegle względem siebie najlepiej jak potrafi,   do tego, by  były idealne ułożone,  używa  się  dodatkowej maszyny  zwanej np. pin drafter ( maszyna, która czesze i układa wszystkie włókna względem siebie równolegle ) ***

Na koniec chcę zwrócić Waszą uwagę na fakt, że żeby osiągnąć to wszystko, co staje się produktem końcowym w przędzalni trzeba niezłej pary. A ponieważ w warunkach domowych jej nie posiadamy, niektóre procesy będziemy wykonywać inaczej.


Miłego oglądania.Film w trzech częściach.




___________________________________________________
* obie formy są poprawne i obie znajdziecie w literaturze. Woolen to  American English, woollen British English

**słowa pochodzą z programu Agaty Młynarskiej „Jaka Ona jest”

***przemysł przędzalniczy  jest wysoko rozwinięty i w dużych przędzalniach używa się innych zgrzeblarek do czesania włókien krótkich, a innych do długich. Niektóre zgrzeblarki przemysłowe zgrzeblają  wełnę tylko do przędzenia nici woollen, a niektóre tylko  worsted. W warunkach domowych osiągnięcie tego drugiego jest najtrudniejsze.

**** Teresko, dziękuję za podpowiedź. Zaćmiło mnie :)

poniedziałek, 6 maja 2013

49.



Hayward by Julie Hoover. Nie od razu wiedziałam, że go chcę. Droga do niego była długa, bo prowadziła przez Still Light Tunic . Kto się domyśla, że najpierw zrobiłam Still Light, potem ją sprułam i wykonałam Hayward, domyśla się słusznie :)




Na sweter zużyłam  wełnę pokazywaną tutaj oraz   singla przędzionego metodą „ grubo – cienko” z przewagą cienko.




Model jest absolutnie fantastyczny, choć w moich melanżach gaśnie gdzieś jego prostota. Wiem. Szeroki, z mocno obniżonym raglanem. Cudnie „ załamuje się” podkreślając linię ramienia (wyraźnie to widać w oryginale). Mój sweter jest dłuższy  ( tułów i rękawy), ale kolejny  zrobię inaczej :)  Dużo też tukoloru w kolorze, choć „ na żywo” wygląda na bardziej zrównoważony. To zdecydowanie mój model i chyba tak łatwo się z nim nie rozstanę.




Model: Hayward by Julie Hoover

Wełna: ręcznie przędziony i farbowany merynos

Druty: 2,5

Zużycie: cca. 1400m.



*Kilka uwag o wełnie.

Jestem ogromnie zadowolona, że w końcu odważyłam się porządnie zahartować swoją nitkę. Dzianina jest miękka, ale wyraźnie widać, ze nie powinna łatwo się mechacić. Poza tym przetestowałam ją w pruciu  i jest lepiej niż dobrze.



Choć farbowane kłębuszki są przecudnej urody, zdecydowanie wolę nitkę z farbowanej czesanki. A jeszcze dokładniej z farbowanej czesanki uprzednio wymieszanej i gręplowanej tak jak np.  tu


Nie lubię singli w gładkiej dzianinie. Definitywnie. Nie ma znaczenia, czy robię je sama, czy kupuję. Nie lubię tego charakterystycznego rzędu słupków, jaki się tworzy . I nie powstaje on z przekręcenia nitki, bo wówczas rzędy dodatkowo skręcają, ale jest wynikiem urody wełny.  Nic ładnego w tym nie widzę.  Ale nie bójcie się, to nie jest zaraźliwe  :)

Zdjęcie pokazuje układ oczek singla,który doprowadza mnie do szału ;)
Niebieska wełna to wyrób komercyjny, zielona - moja, ręcznie przędziona.

poniedziałek, 15 kwietnia 2013

48.


L’Officiel
Kupuję ten magazyn od dawna, ale najpierw robiłam to okazjonalnie.  Kiedy mieszkałam w Polsce, a potem w Czechach zaopatrywałam się w niego w czasie wyjazdów.  Jeśli nie udawało się mnie,  robił to mąż albo przyjaciele, albo znajomi z pracy.  Było to ogromnie miłe.  Zawsze interesowały mnie modowe zapowiedzi i  trendy,  i wcale nie po to, by nosić. Lubię wiedzieć, co w trawie piszczy.  L’officiel  pokazuje w swoich czasopismach najnowsze kolekcje  wszystkich, liczących się w świecie  mody projektantów 

L'Officiel, tak! Ta torebunia jest za ponad 12 000 euro

Wydaje również miesięcznik, który niestety,  nigdy nie porywał  mojego serca i chyba już nie porwie. Ów miesięcznik  zawiera głównie reklamy, jakieś mniej lub bardziej udane sesje,  informacje o modelkach, które z jakiegoś powodu są tak samo ważne jak autorzy książek, czy reżyserzy filmów, ceny dodatków  i  dwa ,czasem trzy  artykuły, które z moją, jeszcze nieporadną znajomością francuskiego ( posuwam się jednak do przodu), brzmią jak wyrwane z kontekstu.
 Ale tegoroczny,  kwietniowy numer rąbnął  mną  i to zdrowo.


L'Officiel, Les Copains

Pierwszy  raz  zachwyciło mnie zestawienie kropek, pasków i kolorów tak, że natychmiast chciałabym  mieć 20 lat i swoje 48 kilo. Poleciałam na stronę  Les Copains .

Ja,84 ;)

Takie coś nosiłam trzydzieści lat temu  J Na dowód załączam zdjęcie,  w cygaretkach   i bluzeczce własnej produkcji, cygaretki też własnej produkcji tyle, że nie w kancik. Oczywiście nie te  tkaniny…  ale kto żył w latach 80-stych, wie, że to co mam na sobie, to nie byle co ;)
W Les Copain dużo bawełnianej dzianiny, dużo obszernych swetrów… wszystko tak trochę w stylistyce Doroty, ze Swetrów Doroty J  Mnie, ta niedbałość, którą nazwałabym nonszalancją podoba się, choć model, który mnie ujął najbardziej i  który znalazłam w l’officielu jest jakby od kompletu J
Tym, którym nie chce się biegać po necie podrzucam link do reszty kolekcji.

P. S do video z kolekcji.
Oglądanie pokazów zawsze jest dla mnie przeżyciem. Ciągle się martwię, że któraś z modelek wywijając te swoje iksy,  zapłacze się we własne kolana i polegnie ;) Ja rozumiem – iść po prostej w linii, ale zamiatać warkocze?
Tak czy siak, byłabym w stanie założyć to wszystko na siebie i biegać  po Wrocławiu, Pradze, Rouen czy Paryżu. Ale 30 lat temu, kiedy robiono mi te zdjęcia  nawet nie śniłam, że będę podróżować, nie śniłam, że będę  mieszkać poza Polską. Nie dysponowałam,  nie miałam i nie tylko ja. I tak, im dłużej w tej Francji jestem, tym bardziej dociska mnie świadomość , jak wiele,  tacy jak ja,  stracili, jak wiele stracili nasi rodzice. Mój Tato nigdy nie wrócił do miejsca, w którym się urodził, nie dotknął drzewa, które posadził jego ojciec , nigdy więcej nie powitał poranka w miejscu dla siebie najdroższym. Ja wyjechałam, bo chciałam. On bo mu kazali.

W kwietniowym numerze znalazłam też coś, co  powiedzmy w latach 80-stych, mogłoby stać się moim stylem! Gdyby ten mix był mi dostępny wówczas , nikt nie powstrzymałby  mnie przed wyborem ASP, nie wpadłyby mi do głowy żadne rozsądne decyzje! Nie pięłabym się po szczeblach korporacyjnej kariery, choć ja akurat weszłam i od razu zdobyłam szczyt, tylko po prostu od początku do końca byłabym  na swoim miejscu. Nie żebym czegoś żałowała – o nie, za dużo spłynęło na mnie dobra, ale Kozak tęsknił ;)

L'Officiel

Sesja „ Le Grand Mix „, którą fotografował Stefan ZSCHERNITZ, a stylizowała Alexandra ELBIM po prostu mnie zachwyciła.

L'Officiel

Bez wątpienia – nie ma tu nic z „ pańcowatości ” , mieszają się nie tylko formy, ale i style.  Jest kloszard, jest zakochana bez pamięci…  jest trochę orientalnie, trochę europejsko. I to nie jest jakieś modowe mistrzostwo. Żaden tam majstersztyk. Ale właśnie to,  okazało się moje. To do mnie trafiło.
L'Officiel


I wiem, że by mi pasowało, bo 30 lat temu, wyglądałam jak dziewczę z krzyżykiem na piersi ;)



Ja, 86 rok ;)

A sponsorami odcinka były :
a)    Rene i Jej zdanie:  Zachwycam się misternie dzierganymi, kobiecymi kardiganami, ale znam siebie i wiem w czym się najlepiej czuję.”
b)    Kalina z wpisu z  08 kwietnia i Jej słowa: „Powłóczyłam się w sobotę po Camden Town, gdybym była młodsza (i szczuplejsza) kupiłabym kilka rzeczy, a tak to tylko się pogapiłam.”

Ja, powspominałam. Teraz szukam czegoś dla grubych i starych :)

A bloger znów swoje...Dlaczego zmienia czcionki i układ? Może też tęskni :)

środa, 3 kwietnia 2013

47.




I co dalej?

O praniu runa raz jeszcze.

O tym, jak je prać, napisano  naprawdę wiele. W Internecie dostępne są nie tylko wskazówki, ale i zupełnie bezpłatne filmy. Ja, chciałabym podzielić się z Wami metodami , które warto zastosować do prania pojedynczych  loków run szczególnie szlachetnych oraz w sytuacjach,  w których od samego początku wiemy,  że będziemy potrzebować włókien ułożonych  jak najbardziej równolegle.  Wiadomo też , że rasy merynosowe przy czesaniu mają skłonność do zbijania się w coś, co po angielsku określa się „nepps” , tak więc,  im mniej jest zmierzwione, tym łatwiej  je wyszczotkować nie tracąc zbyt wiele.
 


 Świeżo ostrzyżone runo


Moje runo jest mocno posklejane na końcach ( cecha rasy rambouillet ), bardzo bogate w lanolinę, która powoduje, że kurz i trawy łapią się tego całkiem mocno. Muszę to wszystko sprać. Runo, jakim dysponuję, to merino o wyjątkowej miękkości ( nie ma więcej niż 20 mikronów), muszę więc pamiętać, że jeśli teraz wrzucę je do gara, wypłuczę kilkakrotnie, a potem wypiorę, to niestety, otrzymam stertę puchu, z którego po wyczesaniu,  stracę naprawdę sporo.  W związku z tym wybieram  pranie we wrzątku, w lnianych pokrowcach, a następnie, po ich wystudzeniu, dopieranie końcówek  w zimnej wodzie.


Metody tej  nauczyłam się od Margaret Stove i Judith McKanzie. Każda ma swoje tricki i preferencje. Żadna z Pań ( na kursach, jakie mam)  nie dysponowała naprawdę brudnym runem, więc im sam wrzątek wystarczał. Z moim rambouillet’em tak łatwo nie będzie, czekają mnie godziny żmudnej pracy.


Przy praniu runa nie polecam wrzucania wszystkiego do wiadra ,moczenia i  płukania. Zresztą bez względu na metodę,  nie polecam prania dużych ilości nigdy. Jeśli runo jest świeże będzie zawierało  żywe drobnoustroje, jeśli do tego ma dużą ilość lanoliny niełatwo się jej będzie pozbyć ( zwłaszcza w zimnym praniu ). Jeśli długo leżało, zazwyczaj jest sztywne i bywa, że się łamie  uszkadzając włos.  Mnie na wszystkie te kłopoty pomaga  gorące,  a potem zimne pranie.


Do prania potrzebujemy:

płynu  do mycia naczyń *

mydła,

wrzątku,

lnianych lub bawełnianych ściereczek ( może być pocięta stara poszwa) lub  wąska plastikowa siatka do owoców,

dwóch, niedużych naczyń ( miski, pojemniki ).

* do włókien pozbawionych lanoliny używamy łagodnych środków do prania


 Układanie loków na ściereczce.

 Zawijanie ściereczek.

 Wkładanie ściereczek z lokami do gorącej wody.


 Pozostawienie loków do namaczania.


 Dopieranie końcówek loków na zimno.


 Porównanie: lewa strona wyprany lok, prawa - brudny.

 Czyste, wysuszone loki.
  

Opis metody.


1 1.   Na każdą ściereczkę (lub do kawałka siatki) kładziemy pasmo owczych loków.

2 2.   Ściereczkę zawijamy jak krokieta/ w kopertę , a  siatkę związujemy.

3 3.  Do pojemnika wlewamy gorącą wodę ( 80-85 C)  oraz dużo płynu do mycia naczyń.

   4.  Wkładamy do wrzątku nasze koperty. Ponieważ pojemnik jest mały , nie wkładajmy  ich za dużo. Polecam 3-4 koperty.

5 5. Zamaczamy wszystko dokładnie i zostawiamy na 15 – 30 min. Wszystko zależy od tego jak brudne runo mamy.

6 6. Wyciągamy koperty, rolujemy i wykręcamy. Woda jest wciąż gorąca.

7 7. Płuczemy w gorącej wodzie. W tym płukaniu nie chodzi o pozbycie się płynu , ale częściowe przepłukanie. Ponownie rolujemy i wykręcamy.

8 8. Odwijamy koperty i płaskie loki układamy na ręczniku.

9 9.Jeśli loki były bardzo brudne, tak jak u mnie i końcówki ciągle są ciemne, czeka nas jeszcze jedno pranie. Zimne!

   10. Do naczynia nalewy zimną wodę.

1 11. Wkładamy do niej loka trzymając mocno za czystą końcówkę
   12.  Lekko odsączamy, przenosimy na kostkę mydła i mocno pocieramy brudnymi końcami.   Nie gładzimy, tylko energicznymi ruchami pocieramy lokiem o mydło.

1 13. Przenosimy lok do  wody i płynnymi ruchami płuczemy. Odsączamy , ściskając lok w ręku.
   14. Płuczemy w drugiej misce, poruszając również lok płynnymi ruchami. Odsączamy i kładziemy do wyschnięcia.




 Suche loki & próbka. Gotowa nić jest miękka i jak na merynosa błyszcząca!

Uwagi:

Loki po takim praniu mają ciągle na sobie dużo detergentu  – to dobrze, przyda się przy farbowaniu ( barwnikami syntetycznymi, naturalne barwienie wymaga dokładnego wyprania i wypłukania runa ) .


Trzymanie loków w gorącej wodzie pozwala rozpuścić lanolinę, choć nie usuwa jej całkowicie. Do tego potrzebny jest bardzo poważny , chemiczny proces.  Jeśli nie jesteśmy uczuleni na lanolinę to takie pranie  w zupełności wystarczy. Lanolina  dobrze działa na wełnę.


Wodę do prania i płukania kopert musimy wymieniać za każdym razem. Nie wylewajmy jej do rur kanalizacyjnych. Poza lanoliną, piachem wylewamy też owcze kłaki, które mogą skutecznie jeśli nie nam,  to sąsiadom, zatkać odpływy. Jeśli jednak uważamy, że u nas to się nie zdarzy, wlewajmy po takich czynnościach do rur, środki żrąco - dezynfekujące. Oczywiście, nie wolno takich płynów używać, jeśli ktoś przy domu posiada,  biologiczne oczyszczalnie ścieków.


Pranie runa polecam wiosną i latem na świeżym powietrzu. Wodę z detergentem można wylać np. do studzienek ściekowych albo w miejsce, gdzie niczego nie uprawiamy.

Jeśli runo było mocno zabrudzone i pranie gorące nie zmyło wszystkiego, możemy dokonać kolejnych  zimnych prań.  MUSIMY TYLKO POCZEKAC AŻ RUNO WYSTYGNIE!


Duża ilość detergentu zabezpiecza runo przed szybkim  filcowaniem. Przy gorących kąpielach, wkładaniu i wyjmowaniu  to ważne.