poniedziałek, 6 maja 2013

49.



Hayward by Julie Hoover. Nie od razu wiedziałam, że go chcę. Droga do niego była długa, bo prowadziła przez Still Light Tunic . Kto się domyśla, że najpierw zrobiłam Still Light, potem ją sprułam i wykonałam Hayward, domyśla się słusznie :)




Na sweter zużyłam  wełnę pokazywaną tutaj oraz   singla przędzionego metodą „ grubo – cienko” z przewagą cienko.




Model jest absolutnie fantastyczny, choć w moich melanżach gaśnie gdzieś jego prostota. Wiem. Szeroki, z mocno obniżonym raglanem. Cudnie „ załamuje się” podkreślając linię ramienia (wyraźnie to widać w oryginale). Mój sweter jest dłuższy  ( tułów i rękawy), ale kolejny  zrobię inaczej :)  Dużo też tukoloru w kolorze, choć „ na żywo” wygląda na bardziej zrównoważony. To zdecydowanie mój model i chyba tak łatwo się z nim nie rozstanę.




Model: Hayward by Julie Hoover

Wełna: ręcznie przędziony i farbowany merynos

Druty: 2,5

Zużycie: cca. 1400m.



*Kilka uwag o wełnie.

Jestem ogromnie zadowolona, że w końcu odważyłam się porządnie zahartować swoją nitkę. Dzianina jest miękka, ale wyraźnie widać, ze nie powinna łatwo się mechacić. Poza tym przetestowałam ją w pruciu  i jest lepiej niż dobrze.



Choć farbowane kłębuszki są przecudnej urody, zdecydowanie wolę nitkę z farbowanej czesanki. A jeszcze dokładniej z farbowanej czesanki uprzednio wymieszanej i gręplowanej tak jak np.  tu


Nie lubię singli w gładkiej dzianinie. Definitywnie. Nie ma znaczenia, czy robię je sama, czy kupuję. Nie lubię tego charakterystycznego rzędu słupków, jaki się tworzy . I nie powstaje on z przekręcenia nitki, bo wówczas rzędy dodatkowo skręcają, ale jest wynikiem urody wełny.  Nic ładnego w tym nie widzę.  Ale nie bójcie się, to nie jest zaraźliwe  :)

Zdjęcie pokazuje układ oczek singla,który doprowadza mnie do szału ;)
Niebieska wełna to wyrób komercyjny, zielona - moja, ręcznie przędziona.

poniedziałek, 15 kwietnia 2013

48.


L’Officiel
Kupuję ten magazyn od dawna, ale najpierw robiłam to okazjonalnie.  Kiedy mieszkałam w Polsce, a potem w Czechach zaopatrywałam się w niego w czasie wyjazdów.  Jeśli nie udawało się mnie,  robił to mąż albo przyjaciele, albo znajomi z pracy.  Było to ogromnie miłe.  Zawsze interesowały mnie modowe zapowiedzi i  trendy,  i wcale nie po to, by nosić. Lubię wiedzieć, co w trawie piszczy.  L’officiel  pokazuje w swoich czasopismach najnowsze kolekcje  wszystkich, liczących się w świecie  mody projektantów.  

L'Officiel, tak! Ta torebunia jest za ponad 12 000 euro

Wydaje również miesięcznik, który niestety,  nigdy nie porywał  mojego serca i chyba już nie porwie. Ów miesięcznik  zawiera głównie reklamy, jakieś mniej lub bardziej udane sesje,  informacje o modelkach, które z jakiegoś powodu są tak samo ważne jak autorzy książek, czy reżyserzy filmów, ceny dodatków  i  dwa ,czasem trzy  artykuły, które z moją, jeszcze nieporadną znajomością francuskiego ( posuwam się jednak do przodu), brzmią jak wyrwane z kontekstu.
 Ale tegoroczny,  kwietniowy numer rąbnął  mną  i to zdrowo.


L'Officiel, Les Copains

Pierwszy  raz  zachwyciło mnie zestawienie kropek, pasków i kolorów tak, że natychmiast chciałabym  mieć 20 lat i swoje 48 kilo. Poleciałam na stronę  Les Copains .

Ja,84 ;)

Takie coś nosiłam trzydzieści lat temu  J Na dowód załączam zdjęcie,  w cygaretkach   i bluzeczce własnej produkcji, cygaretki też własnej produkcji tyle, że nie w kancik. Oczywiście nie te  tkaniny…  ale kto żył w latach 80-stych, wie, że to co mam na sobie, to nie byle co ;)
W Les Copain dużo bawełnianej dzianiny, dużo obszernych swetrów… wszystko tak trochę w stylistyce Doroty, ze Swetrów Doroty J  Mnie, ta niedbałość, którą nazwałabym nonszalancją podoba się, choć model, który mnie ujął najbardziej i  który znalazłam w l’officielu jest jakby od kompletu J
Tym, którym nie chce się biegać po necie podrzucam link do reszty kolekcji.

P. S do video z kolekcji.
Oglądanie pokazów zawsze jest dla mnie przeżyciem. Ciągle się martwię, że któraś z modelek wywijając te swoje iksy,  zapłacze się we własne kolana i polegnie ;) Ja rozumiem – iść po prostej w linii, ale zamiatać warkocze?
Tak czy siak, byłabym w stanie założyć to wszystko na siebie i biegać  po Wrocławiu, Pradze, Rouen czy Paryżu. Ale 30 lat temu, kiedy robiono mi te zdjęcia  nawet nie śniłam, że będę podróżować, nie śniłam, że będę  mieszkać poza Polską. Nie dysponowałam,  nie miałam i nie tylko ja. I tak, im dłużej w tej Francji jestem, tym bardziej dociska mnie świadomość , jak wiele,  tacy jak ja,  stracili, jak wiele stracili nasi rodzice. Mój Tato nigdy nie wrócił do miejsca, w którym się urodził, nie dotknął drzewa, które posadził jego ojciec , nigdy więcej nie powitał poranka w miejscu dla siebie najdroższym. Ja wyjechałam, bo chciałam. On bo mu kazali.

W kwietniowym numerze znalazłam też coś, co  powiedzmy w latach 80-stych, mogłoby stać się moim stylem! Gdyby ten mix był mi dostępny wówczas , nikt nie powstrzymałby  mnie przed wyborem ASP, nie wpadłyby mi do głowy żadne rozsądne decyzje! Nie pięłabym się po szczeblach korporacyjnej kariery, choć ja akurat weszłam i od razu zdobyłam szczyt, tylko po prostu od początku do końca byłabym  na swoim miejscu. Nie żebym czegoś żałowała – o nie, za dużo spłynęło na mnie dobra, ale Kozak tęsknił ;)

L'Officiel

Sesja „ Le Grand Mix „, którą fotografował Stefan ZSCHERNITZ, a stylizowała Alexandra ELBIM po prostu mnie zachwyciła.

L'Officiel

Bez wątpienia – nie ma tu nic z „ pańcowatości ” , mieszają się nie tylko formy, ale i style.  Jest kloszard, jest zakochana bez pamięci…  jest trochę orientalnie, trochę europejsko. I to nie jest jakieś modowe mistrzostwo. Żaden tam majstersztyk. Ale właśnie to,  okazało się moje. To do mnie trafiło.
L'Officiel


I wiem, że by mi pasowało, bo 30 lat temu, wyglądałam jak dziewczę z krzyżykiem na piersi ;)



Ja, 86 rok ;)

A sponsorami odcinka były :
a)    Rene i Jej zdanie:  „Zachwycam się misternie dzierganymi, kobiecymi kardiganami, ale znam siebie i wiem w czym się najlepiej czuję.”
b)    Kalina z wpisu z  08 kwietnia i Jej słowa: „Powłóczyłam się w sobotę po Camden Town, gdybym była młodsza (i szczuplejsza) kupiłabym kilka rzeczy, a tak to tylko się pogapiłam.”

Ja, powspominałam. Teraz szukam czegoś dla grubych i starych :)

A bloger znów swoje...Dlaczego zmienia czcionki i układ? Może też tęskni :)

środa, 3 kwietnia 2013

47.




I co dalej?

O praniu runa raz jeszcze.

O tym, jak je prać, napisano  naprawdę wiele. W Internecie dostępne są nie tylko wskazówki, ale i zupełnie bezpłatne filmy. Ja, chciałabym podzielić się z Wami metodami , które warto zastosować do prania pojedynczych  loków run szczególnie szlachetnych oraz w sytuacjach,  w których od samego początku wiemy,  że będziemy potrzebować włókien ułożonych  jak najbardziej równolegle.  Wiadomo też , że rasy merynosowe przy czesaniu mają skłonność do zbijania się w coś, co po angielsku określa się „nepps” , tak więc,  im mniej jest zmierzwione, tym łatwiej  je wyszczotkować nie tracąc zbyt wiele.
 


 Świeżo ostrzyżone runo


Moje runo jest mocno posklejane na końcach ( cecha rasy rambouillet ), bardzo bogate w lanolinę, która powoduje, że kurz i trawy łapią się tego całkiem mocno. Muszę to wszystko sprać. Runo, jakim dysponuję, to merino o wyjątkowej miękkości ( nie ma więcej niż 20 mikronów), muszę więc pamiętać, że jeśli teraz wrzucę je do gara, wypłuczę kilkakrotnie, a potem wypiorę, to niestety, otrzymam stertę puchu, z którego po wyczesaniu,  stracę naprawdę sporo.  W związku z tym wybieram  pranie we wrzątku, w lnianych pokrowcach, a następnie, po ich wystudzeniu, dopieranie końcówek  w zimnej wodzie.


Metody tej  nauczyłam się od Margaret Stove i Judith McKanzie. Każda ma swoje tricki i preferencje. Żadna z Pań ( na kursach, jakie mam)  nie dysponowała naprawdę brudnym runem, więc im sam wrzątek wystarczał. Z moim rambouillet’em tak łatwo nie będzie, czekają mnie godziny żmudnej pracy.


Przy praniu runa nie polecam wrzucania wszystkiego do wiadra ,moczenia i  płukania. Zresztą bez względu na metodę,  nie polecam prania dużych ilości nigdy. Jeśli runo jest świeże będzie zawierało  żywe drobnoustroje, jeśli do tego ma dużą ilość lanoliny niełatwo się jej będzie pozbyć ( zwłaszcza w zimnym praniu ). Jeśli długo leżało, zazwyczaj jest sztywne i bywa, że się łamie  uszkadzając włos.  Mnie na wszystkie te kłopoty pomaga  gorące,  a potem zimne pranie.


Do prania potrzebujemy:

płynu  do mycia naczyń *

mydła,

wrzątku,

lnianych lub bawełnianych ściereczek ( może być pocięta stara poszwa) lub  wąska plastikowa siatka do owoców,

dwóch, niedużych naczyń ( miski, pojemniki ).

* do włókien pozbawionych lanoliny używamy łagodnych środków do prania


 Układanie loków na ściereczce.

 Zawijanie ściereczek.

 Wkładanie ściereczek z lokami do gorącej wody.


 Pozostawienie loków do namaczania.


 Dopieranie końcówek loków na zimno.


 Porównanie: lewa strona wyprany lok, prawa - brudny.

 Czyste, wysuszone loki.
  

Opis metody.


1 1.   Na każdą ściereczkę (lub do kawałka siatki) kładziemy pasmo owczych loków.

2 2.   Ściereczkę zawijamy jak krokieta/ w kopertę , a  siatkę związujemy.

3 3.  Do pojemnika wlewamy gorącą wodę ( 80-85 C)  oraz dużo płynu do mycia naczyń.

   4.  Wkładamy do wrzątku nasze koperty. Ponieważ pojemnik jest mały , nie wkładajmy  ich za dużo. Polecam 3-4 koperty.

5 5. Zamaczamy wszystko dokładnie i zostawiamy na 15 – 30 min. Wszystko zależy od tego jak brudne runo mamy.

6 6. Wyciągamy koperty, rolujemy i wykręcamy. Woda jest wciąż gorąca.

7 7. Płuczemy w gorącej wodzie. W tym płukaniu nie chodzi o pozbycie się płynu , ale częściowe przepłukanie. Ponownie rolujemy i wykręcamy.

8 8. Odwijamy koperty i płaskie loki układamy na ręczniku.

9 9.Jeśli loki były bardzo brudne, tak jak u mnie i końcówki ciągle są ciemne, czeka nas jeszcze jedno pranie. Zimne!

   10. Do naczynia nalewy zimną wodę.

1 11. Wkładamy do niej loka trzymając mocno za czystą końcówkę. 
   12.  Lekko odsączamy, przenosimy na kostkę mydła i mocno pocieramy brudnymi końcami.   Nie gładzimy, tylko energicznymi ruchami pocieramy lokiem o mydło.

1 13. Przenosimy lok do  wody i płynnymi ruchami płuczemy. Odsączamy , ściskając lok w ręku.
   14. Płuczemy w drugiej misce, poruszając również lok płynnymi ruchami. Odsączamy i kładziemy do wyschnięcia.




 Suche loki & próbka. Gotowa nić jest miękka i jak na merynosa błyszcząca!

Uwagi:

Loki po takim praniu mają ciągle na sobie dużo detergentu  – to dobrze, przyda się przy farbowaniu ( barwnikami syntetycznymi, naturalne barwienie wymaga dokładnego wyprania i wypłukania runa ) .


Trzymanie loków w gorącej wodzie pozwala rozpuścić lanolinę, choć nie usuwa jej całkowicie. Do tego potrzebny jest bardzo poważny , chemiczny proces.  Jeśli nie jesteśmy uczuleni na lanolinę to takie pranie  w zupełności wystarczy. Lanolina  dobrze działa na wełnę.


Wodę do prania i płukania kopert musimy wymieniać za każdym razem. Nie wylewajmy jej do rur kanalizacyjnych. Poza lanoliną, piachem wylewamy też owcze kłaki, które mogą skutecznie jeśli nie nam,  to sąsiadom, zatkać odpływy. Jeśli jednak uważamy, że u nas to się nie zdarzy, wlewajmy po takich czynnościach do rur, środki żrąco - dezynfekujące. Oczywiście, nie wolno takich płynów używać, jeśli ktoś przy domu posiada,  biologiczne oczyszczalnie ścieków.


Pranie runa polecam wiosną i latem na świeżym powietrzu. Wodę z detergentem można wylać np. do studzienek ściekowych albo w miejsce, gdzie niczego nie uprawiamy.

Jeśli runo było mocno zabrudzone i pranie gorące nie zmyło wszystkiego, możemy dokonać kolejnych  zimnych prań.  MUSIMY TYLKO POCZEKAC AŻ RUNO WYSTYGNIE!


Duża ilość detergentu zabezpiecza runo przed szybkim  filcowaniem. Przy gorących kąpielach, wkładaniu i wyjmowaniu  to ważne.

poniedziałek, 25 marca 2013

46.

 Merino de Rambouillet

Fete  de la tonde !
                                     ( Święto strzyżenia )


W końcu! W sobotę odwiedziłam  Bergerie Nationale  w Rambouillet.

To tu,  Francja zaczęła swoją przygodę z merynosami.  Bergerie Royal została ufundowana przez Ludwika XVI, który  postanowił, w trudnych dla Francji czasach, hodować owce. W tym celu złożył swojemu kuzynowi, ówczesnemu królowi Hiszpanii  w 1786 r. prośbę  zakupu 380 owiec ( choć różne źródła podają różne dane) i prośba ta została pozytywnie rozpatrzona,  dając tym samym podstawy  nowym rasom francuskim,  choćby takim jak Ile-de-France. Następna partia hiszpańskich merynosów dotarła do Bergerie Royal  w 1801 roku, a potem za czasów panowania Napoleona wielokrotnie. Jak to określano w celu „dolewania krwi”.

Długo by można było rozprawiać dlaczego Hiszpania zdecydowała się na sprzedaż merynosów. Ich zamknięta hodowla zapewniała jej pozycję potentata w przetwórstwie i sprzedaży wysokiej jakości wełny. By było najprościej, musimy się zadowolić  rodzinnymi koligacjami.


  Nieco o wełnie i historii



Po tamtej Bergerie zostało w zasadzie wszystko :)  Choć dziś to państwo zajmuje się  zachowaniem hodowli owiec zwanych merino de Rambouillet.


 Barany w ubrankach



O runie napiszę więcej w następnym odcinku. Ogromnie się cieszę, że udało mi się je zdobyć. W Europie runo „ czystych”  rambouillet’ów   stosunkowo trudno kupić. Nawet sama Bergerie nie sprzedaje go ot, tak sobie.

Najłatwiej i najszybciej  runo rambouillet możemy zakupić w USA.



 Wóz wielkości domu!



Owczarnia otwarta jest dla turystów przez cały rok. Można tam zobaczyć i owce, i kozy, i konie , kaczki, kury, gęsi, osły, króliki,  ale strzyżenie i taki swojego rodzaju jarmark poświęcony owcom jest  tylko raz do roku, na wiosnę.


 Strzyżemy się...




Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym nie poprosiła o sprzedaż błamu ze  świeżo ostrzyżonej  owcy. Wywołam  tym taką konsternację u oglądających, że nawet owce zamilkły. Musiałam pokazać męża i swój sweter  , by udowodnić, że umiem z tego coś zrobić ;)  Brawom nie było końca , ale na 3 ( słownie trzech ) stoiskach z artykułami do przędzenia oraz wełnami ręcznie wykonanymi, szału nie było żadnego.



 No,  całkiem fajnie...


Francjo czas na zmiany!


W oczekiwaniu na segregację.

wtorek, 19 marca 2013

45.


A voila!
Pasiak  gotowy. Jaki jest,  każdy widzi ;)

Wiem, wielki kwiat przydał mu ekstrawagancji  i może być niestrawny .  Nie bójcie się krytykować , ja tylko zapamiętam,  kto :)






Kiedyś wspominałam o poszukiwaniu własnego stylu. Marnie mi to idzie, bo ciągle ląduję na półce z napisem: BEZPIECZNE – WYGODNE. Co prawda staram się już nie nosić  dzianiny innej niż własna i wiem w czym mi dobrze, ale to ciągle nie styl. Nie jest to też tylko ubieranie, ale wciąż widać we mnie „ pańcię”, a  „ pańci” nie znoszę.  „ Pańcia „ trzymała mnie  ryzach  jakieś 40 lat,  dbała o porządek  i serweteczki,  i cicho szeptała, że Angela M. nie musi być moim wzorem, ale jej zamiłowanie do porządku tak.  Całkowicie zdominowała moje kozackie pochodzenie odziedziczone po ojcu,  do tego tak stare, że  strach mówić, a które nieustająco mi podpowiada, że galop na koniu to wolność ;)





Na galop za późno, choć ciągle nie wykluczam, ale na własne ekstrawagancje czas jest zawsze. Kwiat łamie paski, które po prostu mi się nie podobają i póki co, bawi mnie.  Jest inspiracją kwiatów pokazanych przez Pradę w kolekcji wiosna - lato 2013. Atłasowe kwiaty Prady są cudne i  naprawdę mnie zachwycają.  Mam oczywiście przygotowaną  bezpieczną  formę ozdoby w postaci podłużnego, grubego, czarnego paska z jedwabiu, który mógłby te nieszczęsne paseczki przeciąć na środku przodu na pół, ale to bardzo surowe i przewidywalne rozwiązanie. Nie wiem,  może zmienię. Na razie mam odwagę do noszenia tego. 

Sweter jest oversize i wygląda dobrze od rozmiaru 38 do 48. Wełna to komercyjny singiel. Nic na dwa razy, ale też i do noszenia pod kurki i płaszcze. Będzie się mechacił, bo jest lekko skręcony. Już w trakcie wykańczania pojawił się na nim włosek ( ale z uporem maniaka powtarzam, mechacenie to dla mnie  niewielka  wada). Nie będę też go nosiła od świtu do nocy.




Wykonałam go w całości metodą „ na okrągło”  aż do przeszyć na ramionach. Dekolt i podcięcia pach wycięłam ,  jak w swetrach fair isle. Brzegi każdego cięcia zabezpieczyłam tak, by znalazł się ów brzeg w „ dzianinowym ruloniku” . Zdjęcie poniżej pokazuje co i jak, bo niestety na kursik ,  czasu niet.
Ważne – rulonik musi być co najmniej o 1cm dłuższy od brzegu dzianiny jaki zakrywa. Inaczej będzie gruby! Grubość powoduje głównie za ciasny  rulon, a nie trzy warstwy dzianiny, co widać na zdjęciach.

Najpierw wykonujemy plisy, łączymy je, a potem potrzebny kawałek dzianiny – dekolt lub rękawy. Jest z tym roboty od groma. Ilość oczek po obu stronach musi być równa ( co do joty) i miejsce łączenia obu plis dokładnie to samo. Inaczej plisa zacznie się kręcić.




Sweter wygląda rewelacyjnie od  lewej strony  przez co stał się dwustronny.  Kształt swetra ( duży prostokąt z dziurami na ręce i szyję) to oczywiście żadna moja zasługa. To model wykorzystywany w krawiectwie ,a  ostatnio dziewiarstwie  bardzo, bardzo często. Moje są wyliczenia, wykończenia , kształt dekoltu. Jak widzicie kwiat też jest inspiracją, ale autorstwo całości przypisuję sobie.

O ile dobrze znoszę różne paski na rękawach i fakt, że się nie zgadzają, o tyle te przy dekolcie muszą się u mnie zgadzać. Niestety,  muszą, bo Angela ciągle żywa ;) Kiedy są niesymetrycznie, coś mi się krzywi w głowieJ

No dobrze, dość.  Bo choć sweter prosty jak parasol jest w nim parę smaczków,  o którym mogę pisać i pisać.





Wzór: by fanaberia

Wełna:   wolle rodel / 1800 m.

Druty: 2,5

Blogspot wycznia co chce z czcionką, kolorami i moją pracą nad wyglądem, więc jest jak jest.
Na kolor drugiego zdjęcia miała wpływ sąsiednia,mocno fioletowa ściana ;)
No i wybacznie mi dzisiejszą stylistykę. Mocno mnie też wiodło w tym poście w didaskalia - jak nic, jakaś zmiana czeka za drzwiami :)

piątek, 15 marca 2013

44.



Po uprzędnięciu półtora kilograma corriedale i merino, po tysiąckrotnym przewinięciu tego dobra, farbowaniu, suszeniu ,motaniu, liczeniu – banderole z  motków zostały zerwane i ponownie przewinięte. Projekt wszedł w kolejną fazę. Teraz , aż do czasu , kiedy wszystko trzeba będzie starannie wykończyć , zapowiada się kolorowe nitek motanie.

Wszystko trwa, ale im dłużej,  tym bardziej jestem pewna, że wełna własnej produkcji zasługuje na szczególne projekty.



W końcu,  skończyłam nocne dziergania dla siebie. Schną, ale jeszcze czeka je ozdabianie jedwabnymi aplikacjami.  Byłam o włos od katastrofy. Po pierwsze dziergam z wełny sklepowej i nie czuję z nią związku duchowego (! ), po drugie kolory w małych próbkach zachęciły do wymyślania „ NIE WIADOMO CZEGO”  , a jak  doszłam od połowy tułowia w rozmiarze oversize (  moje oversize to żadne byle co, to po prostu  kawał dzianiny) zrobiło mi się słabo od ilości pasków z absolutnym brakiem gry kolorów, że o subtelnym nie wspomnę. Pomyślałam jednak, że nawet wsadzenie tej porażki do skrzyni niczego nie załatwi.  Zresztą, odkąd nauczyłam się robić porządki w życiu, żadnych trupów nigdzie nie chowam ;)

Wełna się nie zmieni , a projekt na tyle mi się podobał, że chciałam go zrealizować. Bez entuzjazmu brnęłam dalej. Przez te nieoczekiwane i wprost matematyczne paseczki, postanowiłam wszystko robić razem i  na końcu powycinać to, co mi potrzebne ( dekolt, podcięcia na rękawy ). Walka, by  zgadzały  się ze sobą w częściach, była ponad moje siły. Poza tym planowałam przetestować nowy rodzaj wykończeń polegający na chowaniu szwu w dzianinowy rulonik, a to była najbliższa okazja.

Oczywiście wiedziałam, że paseczki na rękawach zrobią się grubymi pasiorami i z wypiekami na twarzy czekałam jakie ta ohyda wywoła we mnie uczucia. Wywołane uczucia – ROZBAWIENIE. Straciłam nadzieję – temu już nic nie pomoże.  Wykończyłam dekolt ostro waląc się po łbie, że na taki pomysł wpadłam i przed praniem nadziałam na siebie…


ZASKOCZENIE 1. Wygląda nieźle.

ZASKOCZENIE 2. Osiągnęłam idealną dla siebie linię dekoltu.

ZASKOCZENIE 3.  Niegodziwa wełna przy dekolcie ułożyła się tak, że mi się podoba!

ZASKOCZENIE 4. Ilość niecenzuralnych słów wypowiedziana przy wykończeniu, opłaciła się. Tego się spodziewałam.


Niestety, paseczki dalej są brzydkie, więc żeby było już całkiem cyrkowo designersko  dołożę do nich kwiatki. Modne tej wiosny  i lata. Jak mówią, kto bogatemu zabroni :)

Prezentacja nastąpi w następnym odcinku. No, chyba żeby nie ;)


 

 Za to teraz będę miała wiosennie, czego i Wam  życzę.


niedziela, 3 marca 2013

43.

 Zmierzch we wsi



Szpuleczki … niteczki



Nie za bardzo mam się czym chwalić. Wszystko w fazie „ kończę” lub „ nie podoba mi się” lub „ dajcie mi albo więcej czasu , albo dodatkową parę rąk”.

Pogoda mnie zabija.  Gdyby nie zabawy z farbami, chyba bym umarła naprawdę. Nie pada, nie jest zimno, śniegu nie ma, ale słońca też, a  jak się pojawia to po to, by zajść. Za dużo  szarości . Nie podoba mi się, że czas tak szybko biegnie, bo nie wiem  gdzie się spieszę, ale czuję, że nie zdarzę ;)





Przędę  i już prawie, prawie mam tyle ile mi potrzeba. Będę robiła kardigany i nie chciałam niczego nieprzyzwoicie miękkiego. Dodatkowo zależało mi, by kolory były  utrzymane  w nucie     „ wieś tańczy i śpiewa”,  ale by nie waliły po oczach karminem, tylko karminem spowitym dymem, więc  żeby nie dodawać sobie roboty,  wybrałam runo, któro samo z siebie dymane barwy przyjmuje. Fajnie, że to, co się wie można przełożyć na działania. Wybór padł  na Corriedale.




Szpuleczki mam zacne,  przyjmują 200 gram ( same ważą koło 100 ) przędzy bez większych kłopotów, więc jak nawinę 5 to wiem, że kilogram za mną . Ale i tak się gubię i przysięgam sobie sama nie wiem, który raz, że zrobię piękne próbniki, zapiski, listy, terminarze, pędzę do miasta ,  kupuję  kolejnego mol skina, a potem  myślę, że jednak grzechem byłoby obciążać go taka ilością danych, wymyślam więc,  co w nim namaluję i stawiam na półce z myślą – KIEDYŚ TO  ZROBIĘ NAPRAWDĘ !





Bardzo lubię włóczyć się uliczkami Rouen, bo przy okazji wpadam do wszystkich możliwych sklepów z włóczkami. W końcu  prządka nie samym przędzeniem  żyje. W Phidarze pojawiło się wiele ciekawych dodatków w sam raz do męskich swetrów oraz równie ciekawy katalog.
I  choć trochę rozczarowuje mnie skład tutejszych wełen ( prawie wszystko z syntetykiem ) modele jak najbardziej do wykorzystania. No a poza wszystkim, Pani z Phlidra pogratulowała  mi bloga! Nie wiem jak na niego  wpadła , ale wiedziała, że Polka, Normandia i wełna to ja. Bardzo to miłe i od razu jak w domu ;)
Madame, merci beaucoup!