czwartek, 2 lutego 2012

8.

Światło
Kocham, tak samo jak wodę. Godzinami mogę gapić się w przestrzeń obserwując li tylko zmianę jego natężenia i drgania obrazu, jakie wywołuje swoim ciepłem. Dziś mogę patrzeć tylko w okularach, ale kiedyś…..  ;)



Nie mogę napisać , że światło Normandii jest dla mnie zaskoczeniem. Wiem , dlaczego impresjonizm urodził się właśnie tu, ale po zaczadzonej Pradze ( listopad spowił ją smogiem  i pewnie trzyma do teraz ) to coś absolutnie zachwycającego. Zresztą, uwielbiam prząść przy świetle małej lampki padającej na czesankę. Widzę wtedy takie cuda, że nie muszę oglądać  żadnych innych.



Dzisiejsze zdjęcia to tylko światło. Nie pracowałam nad kolorami, nie obrabiałam ich, w ogóle staram się tego nie robić i czasem bywa różnie. Sprzędziona ręcznie wełna błyszczy dzięki jedwabiowi ( wielbłąd  z jedwabiem tym razem mulberry ) i wybijającemu go światłu. Wełnę beretki  zrobiłam na wrzecionie z dorosłej alpaki. Jej kolory bez blasku światła nie zachwycają mnie w ogóle, choć miękkość powala.  Niestety, berecik nie dla mnie. Wyglądam  w nim …  wiadomo jak ;)



Odwiedzającym mnie gościom  w Normandii będę go prezentować jako farbiarską  porażkę i oddam jak tylko znajdzie się zachwycony ;)
A moteczek też na prezent…

sobota, 28 stycznia 2012

7.


„ – Zdrówko, jesteś tam?
- Jestem, jestem „
            
                Cytat z filmu „ Jasminum”
Ja też jestem, choć szczerze przyznaję nie wiem jak się czuję i co myśleć ;) 
Wiem za to, że cieszę się, że czekacie, piszecie i wspieracie mnie :) 
W końcu jednak stała się jasność  - mam  Internet J  Pan od kabla był,  tak jak się umówił. Sprawa była prostsza niż myśleliśmy. Numer telefoniczny pojawił się po 40 min., tylko box od operatora wędrował  po świecie, a my cieszyliśmy  się jak dzieci, że poleciał tylko na drugi koniec Francji, a nie do Pragi czy Wrocławia ;)
Sztuczki wkładania awizo do skrzynki, bez pukania do drzwi, są znane również we Francji ;)  Mieszkam w centrum wsi, więc i mera, i pocztę mam pod nosem, ale trochę mnie to wkurzyło.  
Kursu francuskiego  nie zaczęłam, bo robię „ rozpizduchę” ;) Scentralizowany system obsługi przesiedleńców w firmie mojego M został przeniesiony do…. Warszawy. Pani w Warszawie ucieszyła się, że będzie mogła mówić i pisać do nas po polsku oraz natychmiast z radością poinformowała, że kurs już jest  i że będzie pięknie,  bo wybrała firmę „B”, gdzie godzina kosztuje 250 zł! Na moje, że ja nie chcę, bo zależy mi na jak najdłuższej nauce i przygotowaniu do egzaminu państwowego i chcę       „ AF” Pani szybko odrzekła, że mowy nie ma, bo „ ONA JUŻ ROZMAWIAŁA”.  O tym, że Pani wydaje nie swoje pieniądze, że jest do pomocy i wsparcia i nie posiada żadnej władzy Pani udaje, że nie wie.  Francuzi na takie dictum stracili oddech i rzucili się pomagać.  Sprawa w toku ;)




Blog wraca na swoje, rękodzielnicze  tory. Pokazuję w końcu Still Light Tunic by Veera Valimaki. Wykonałam ją z własnej wełny, mieszanki wielbłąda z jedwabiem Tussah. Wełna wyszła jakościowo przecudna, a co do koloru,  to wiadomo. Jednym się spodoba, innym nie. Biorę pod uwagę, że jak mi się znudzi ten melanż, przefarbuję go  ;) Tunikę mocno wydłużyłam – zgodnie z pomysłem na mój nowy styl ubierania się. Doszłam też  do wniosku, że miejsca dodawania oczek na kieszenie optycznie wysmuklą sylwetkę. Poszłam na całość i jestem ogromnie zadowolona. Tunika jest tak wygodna i miękka, że nie chce się jej zdejmować.
Coraz częściej zaczynam marudzić w sklepie nad wełną. Coraz chętniej dziergałabym tylko z własnej  i jestem , tak zupełnie na poważnie, bliska porzuceniu kupowania gotowych wełen w ogóle.  To oczywiście wydłuży powstawanie projektów, ale nigdy nie dałam się wpędzić w dzierganie na czas, więc kłopotu nie ma. Poza tym chcę w tym roku mocnej skoncentrować się na własnych projektach, a ręcznie robiona wełna  podkreśli ich inność.



Co prawda powątpiewano, że wełnę na Still Light Tunic zrobiłam sama, podobnie jak nie wierzono, że wydziergałam ją ręcznie, ale są tacy co widzieli i zaświadczyli J



Wzór: Still Light Tunic by Veera Valimaki
Wełna: ręcznie przędziona i farbowana/ mix 50%-50% wielbłąd & Tussah
Druty: nr 2
Zużycie: ok. 1600 m

P.S.
Najbardziej prawdziwe kolory są na zdjęciu z guziczkiem, kupionym 19 lat wcześniej ;) Wełna nie była cięta, szersze paski to wynik świadomego farbowania.

czwartek, 29 grudnia 2011

6.

Żarło, żarło … aż zdechło. Z przeżarcia chyba.
Zanim przejdę do sedna. Dziękuję po stokroć za życzenia świąteczne, odwiedziny, pamięć!
Wygląda na to, że nie będzie mnie „ netowo” dłużej niż planowałam. Nie wpadam w histerię, nie wkurza mnie to do bólu – po prostu stało się. I stać się mogło wszędzie. Niestety, ciągle korzystam z klucza, a tu, gdzie aktualnie mieszkam, klucz prawie nie działa. Wysłanie prostego maila to wyzwanie, maila ze zdjęciem – wielkie wyzwanie, zamieszczenie notki lub komentarza –  zdobywanie Mont Everestu. Nie mam takiej kondychy, więc po ludzku – nie daję rady.
W czasie prezentacji domu, oczywiste było, że będzie on miał same zalety.  Oglądnęliśmy wystarczająco dużo nieruchomości, by zorientować się, że oglądamy coś  specjalnego, w bardzo przystępnej cenie. Wypytaliśmy o rzeczy istotne, a na pytanie o telefon i Internet pokazano nam radośnie gniazdka w każdym pokoju. I one nadal są ;) Tyle, że kable do nich są wciąż …przed domem. Właściciel nie miał potrzeby, by robić cokolwiek, a my musimy się trochę z francuską biurokracją pobujać. Naciskamy, uśmiechamy się,  puszczamy oczka, ale w kościach czuję, że wcześniej niż za trzy tygodnie nic  się nie uda. Słup stoi przed domem, skrzynka jakaś takoż, ale co to jest – nie mamy bladego pojęcia. Pozostaje nam wierzyć, że się uda.
Rozpakowaliśmy 159 kartonów, 40 czeka w garażu. Manele wylądowały na chybił trafił w wolnej przestrzeni domu, by nie zabić się o nie w czasie świąt. A te nie tylko były rodzinne, ale  przypominały to, co w polskim domu ląduje na stole. Wigilia z uszkami i barszczem, pierwszy dzień świat z gęsią wątróbką i pieczoną kaczką. Uczymy się od Francuzów, choć kaczki i gęsi jemy od zawsze.
Ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu nie mogę (w prosty sposób) kupić we Francji mąki żytniej, siemienia lnianego, dyni… że  o czarnuszce  nie wspomnę . Drożdże  spotykam  głównie suche, choć o te świeże mogę podobno pytać w  piekarniach. Na stoiskach z żywnością eko, mieszanki różnych ziaren występują po 50 gram… a ja z prowincji i chciałabym od razu kilo. I nie chodzi o to, że nie mogę jeść tutejszego chleba czy bagietek. Wypieki są przepyszne, tyle, że mój organizm potrzebuje  żyta a nie pszenicy.
Ostatecznie udało mi się zdobyć wszystko czego potrzebowałam, ale była to cenowo świąteczna fanaberia i jeśli nie znajdę innego rozwiązania,  produkty do ciemnego chleba będę  sprowadzać z Czech. Póki co to największe zaskoczenie.
Zostawiam Was z widokiem z mojego nowego miejsca wypoczynku, zdjęcie zrobiłam wczoraj, dziś świeci piękne słońce – kawa dla Was,  bajzel wybaczcie ;)  Pomału wracam do farb, wełen i drutów.
Dziękuję, że do mnie wpadacie!

czwartek, 22 grudnia 2011

5.

Wszystkim, ale przede wszystkim Tym, którzy bez względu na to, gdzie jestem i co piszę, pamiętają o mnie,  zaglądają, wspierają i wysyłają dobre myśli  z okazji zbliżających się Świąt życzę tylko tego co dobre. Niech otaczają Was dobre Anioły,  a smutki i porażki niech trafiają się tylko po to, byście wiedzieli,  jak możecie być szczęśliwi.
Fanaberia

P.S.
Więcej na razie nie uda mi się zamieścić, czekam na łącze... ;)

piątek, 16 grudnia 2011

4.

Praski klimat powraca
Ostatni rok mojego pobytu w Pradze był mocno pod znakiem kubizmu. Nie mają się Czesi czego wstydzić. Nie zadziwią i nie onieśmielą ich Francuzi. Od lat do Pragi ciągną adepci architektury z całego świata, by podziwiać  bardzo rzadkie perełki kubizmu. Dotychczas kubizm przytłaczał mnie swoją kanciastością i brakiem polotu. Dotychczas…
Miłośnikom  stylu polecam  wizytę w muzeum oraz koniecznie w sklepie obok. Sprzedają tam repliki najsłynniejszych czeskich przedmiotów kubistycznych, promują młodych artystów uprawiających współcześnie czeski kubizm. Jestem zachwycona tymi przedmiotami i z okazji imienin poprosiłam o to ;)

Czy nie jest piękny?
Więcej na stronach www.kubista.cz  skąd pochodzi powyższe zdjęcie

P.S.
Jutro będę już w nowym domu.  Wszystko dzieje się na wariata, bo meble przyjadą  dopiero w poniedziałek ;) Zakupiliśmy całą masę różnych rzeczy przez Internet  i M domówił  ich przywóz na sobotę. O tym jak domawia się warunki dostawy przez telefon znając pojedyncze francuskie słowa napiszę chyba książkę ;)
W niedziele przyjeżdża syn i będziemy razem. Może bez karpia, ale  jednak  się udało! Dziękuję za dobre myśli i Wasze Anioły.
P.S.2
Blog nie zmienił charakteru ;) O róbótkach i przędzeniu też będzie. Muszą się tylko zmienić okoliczności.

piątek, 9 grudnia 2011

3.


Szkłem dupy nie utrzesz – rozważania o wełnie i pogodzie w Normandii
Normandia to kraina deszczu – tak było napisane, jak szukałam gdzie jadę. Pada tu często i dużo – prawda. Jestem drugi tydzień i padało codziennie, czasem po kilka razy. W prognozach się nie mylą. Jak mówią, że będzie lało – to leje ;) Mam cerę, jakiej nie miałam będąc trzydziechą. Z przyjemnością zaczęłam się mizać po gębie ;) Teraz przydałoby się coś na opadanie i może też jest, tylko jeszcze  nie odkryłam.  Dodatkowo zamierzam zaopatrzyć się w miejskie kalosze, choć  obserwuję, że nie tylko nie ma ich w sklepie, ale i też nikt ich nie nosi . Być może  moda na „ kalosz „ jeszcze na moją prowincję nie dotarła (bo w świecie jest ona bardzo na topie. Sama widziałam – na oczy moje, szare i własne, jak w Warszawie gwiazdy biegały w gumiakach vel wellingtonach  vel kaloszach D&G aż miło ), a być może jest jednak niesłychane łazić w kaloszach po francuskim, uroczym miasteczku ;) Ja, będę – bo to  niezłe spa.



Lażenie po mokrym przyniosło  wełniane  wnioski. Póki co, najlepszym ubraniem jest cienka,  nieprzemakalna, kureczka i  wełniany lub  alpakowy sweter. Szale świetnie chronią przed wiatrem, a te wielkie, mogą z powodzeniem pełnić funkcje  poncza. Mokre od deszczu lub wilgotne od wiatru odzyskują całą swoją urodę.  Dotychczas  dość często, by odświeżyć wyrób wełniany trzymałam go na parze lub czekałam na mżawkę, a potem suszyłam. Już nie muszę. Mam wrażenie, że znalazłam miejsce dla wełny wyjątkowo przyjazne. Wszystko,  co założyłam z wełny, odzyskało blask nowości bez prania , zmiękczaczy i super płynów ( nie bójcie się – prać też piorę ;)).
Niestety, nie da się tego powiedzieć o produktach z dodatkiem akrylu. Co by nie robił, na deszczu wyglądają jak zdechłe jamniki. Nieprzyjemnie przylepiają się do ciała i chłodzą aż miło. Mokra wełna, czy alpaka grzeje i to nie są żadne czary tylko jej właściwości.

Wiem, w jakim celu dodaje się akryl do wełny i wiem jakie są powody ( te nieekonomiczne również ), dla których po akryle sięgamy. Ciągle jednak ich nie znoszę. I bardzo podoba mi się ruch, jaki pojawił się na blogu needled ( Joasiu z j'adore , jeszcze raz dziękuję, że pokazałaś nam ten blog!), w którym propaguje się nazywanie rzeczy po imieniu,  wełna – to termin zarezerwowany tylko dla włókien owczych. Może to i rygorystycznie, ale podpisuję się rękami i nogami.  Już mam chyba trochę dość tej poprawności politycznej, obchodzenia rzeczy i zjawisk i szukania dla nich eufemizmów.  Mam Przyjaciela, z którym lubimy w takiej sytuacji mówić „ Nie nazywajmy szamba perfumerią”.  No właśnie, nie nazywajmy.  A i producenci tanich sweterków niech w końcu przestaną  „ trzepać na nas kasę „ i niech zaczną pisać prawdę. Nie Wool – 100% Akryl, tylko 100% Akryl , bo ludzie zaczynają wierzyć, że akryl to wełna…
Nie obrażajcie się użytkownicy akrylu, nie oceniam.
To prawda, że taka 100% wełna wymaga zachodu. Trzeba na nią dmuchać i chuchać a ona ciągle jest tylko wełną. Trzeba wietrzyć, nawilżać, do swetrów wkładać podpaszki ( nie mylić z podpaskami – choć działanie podobne), golić, trzepać, dbać i przeglądać, modlić się żeby się nie sfilcowało, nie ciągnęło, nie przekręciło, ale moim zdaniem, każda chwila w takim odzieniu warta jest tego zachodu. Moim zdaniem, bo zdania bywają różne.



Odwiedziłam, z wielką przyjemnością,  wspominane wcześniej pasmanterie. Zrobiłam zdjęcia. Pogadałam. Jedna z Pań ze sklepu La Fabrique ( sklep  posiada własną stronę na facebooku ) mówi świetnie po angielsku, zakupiłam  u Niej cudną 100% alpakę z Peru, namiziałam się różnymi Phildarami i polazłam do  drugiej ( pasmanterii ),  gdzie nabyłam   piękne koniki  i gdzie nieodmiennie zachwycają mnie kolory DMC Perl każdej grubości. Pomimo mocnych ograniczeń językowych ( znam na razie tylko parę francuskich zwrotów, ale zapał mam wielki) obgadałyśmy ofertę Bergere, swoją miłość do dziergutek i wymieniłyśmy się adresami blogów J
W Veronon ruch w obu sklapach  jest duży. Jak na takie miasteczko, powiedziałabym, że po zbóju. Po zdjęciach widać, że jedna  z Właścicielek postawiła na haft wszelaki, ale obie nie zasypują gruszek w popiele. 
Podoba mi się tu J Nawet jak już wyprowadzę się na te swoje pola ( 17 podpisujemy umowę – hura za chwilę świat stanie się normalny J)) ) do Vernon  będę przyjeżdżała z przyjemnością.





P.S.
Ograniczenia netowe trwają L  Udaje mi się Was czytać off linie. Niestety, bez możliwości komentowania, ale jestem  obecna i na bieżąco J

poniedziałek, 5 grudnia 2011

2.



Pierwsze koty za płoty.
Kochani, dziękuję za pamięć i życzenia!
Tymczasowo jestem w Vernon, uroczym miasteczku nieopodal   Giverny, ukochanego miejsca Clouda Moneta.  Jego dom i ogrody staną się częstym miejscem moich wyjazdów. To dodatkowy prezent od losu.  Mieszkam dokładnie vis a vis Chateau de Bizy zwanego małym Wersalem ( nie jestem jednak pewna, czy dobrze zrozumiałam sparaliżowanych używaniem angielskiego Francuzów ;))




Oglądnęłam kilka miejsc, w których moglibyśmy zamieszkać. Różnica między domami/ mieszkaniami ( nowymi, dopiero co oddanymi ) w Polsce i Czechach, a tymi w Normandii jest  tak wielka, że nie umiem jej nazwać.  Dla jasności lepiej jest w Polsce i Czechach, u nas nie ma już toalet bez umywalek ;).  Chcemy wynająć coś na dłużej, ale nie chcemy mocno  inwestować  np. w wyposażenie kuchni.
Po długich poszukiwaniach i ciężkiej pracy paru osób, znaleźliśmy prawie ideał.  A że ideałów nie ma… i temu brakuje. Mocną stroną jest wyposażenie kuchni i olbrzymie szafy, słabą lokalizacja – tzw. dupa  świata. Mogę tam mieszkać bez  przeszkód, ku zdumieniu Pana Dufois ,  i centrum Pragi zamienić na cudne pola, majestatycznie przycięte żywopłoty chateau i  pasące się za oknem kuce, ale M będzie miał  ciut  daleko ;)). Minusem jest też  jakość wykończenia . I nie chodzi o meble, krzywe ściany, czy niedomykające się okna. Kompletną klapą okazało się malowanie. Odważne kolory -  fiolet, czerń, srebro i pomarańcz  – podobają mi się i wcale nie chcę ich zmieniać (  ;)), tyle ze połączono je bardzo nieudolnie. Nie umiem  zrozumieć,  co wiodło ręką malarza, by do miejsc gdzie łączył dwie barwy  używać małego pędzelka, a nie taśmy…


Pomyśleliśmy, podumaliśmy i wyraziliśmy chęć zamieszkania. M kupi sobie ( z czasem ) małe – stare francuskie auteczko, bo obecne rysuje się w zakrętach między domami,  a ja dokonam malarskich poprawek. W przeważającej większości właściciele domów we Francji przekazują go do wynajmu, dokładnie w takim stanie, w jakim zostawili go poprzednicy, chyba że dom stoi długo i źle byłoby pokazać zapleśniałe ściany. Jeśli chcesz mieć ładnie, musisz postarać się o to sam.  Podobnie jest w Stanach i Kanadzie, a może nawet wszędzie tak jest, tylko nam w  Czechach trafiło się inaczej.

Teraz czekamy na decyzje. Bo to, że chcemy tam mieszkać nie oznacza, że możemy. Trwa weryfikacja,  do której niezbędne były:   akty urodzenia i małżeństwa, wyciąg z konta  czeskiego i dane nowego konta francuskiego, umowa najmu mieszkania czeskiego, kontrakt M wraz z podanymi zarobkami, dane o studiach syna, dane o pracodawcy M, ksera ID i paszportów, paski wypłat, choć pensje ujawnione się na koncie ;). Było chyba coś jeszcze, ale nie pamiętam. To normalna, oficjalna procedura, żadna tam weryfikacja etranżerów ( obcych ). Nie mam nic przeciwko , więcej  - odpowiada mi, że wszystko dzieje się oficjalnie, bez podstolikowych ustaleń – tylko to czekanie! Nasz przewodnik po Francji, który pomaga nam absolutnie we wszystkim,  twierdzi, że będzie dobrze, bo przemawia za nami wiele plusów,  podobno mamy za sobą 85% procesu, ale właściciel może wycofać się z propozycji wynajmu zawsze, więc… kciuki potrzebne od zaraz ;)


Z ciekawostek. Rzeczą, która mnie uderzyła od razu, kiedy przemieniłam się z turysty w prawie tubylca , są kolejki…
W kolejkach stoi się grzecznie i nie stroi min. Najdłuższe są w punktach sprzedaży telefonów komórkowych.  A niekompetencja sprzedawców jest wprost urocza. Starają się być bardzo pomocni, tyle  że nic z tego nie wynika. Najwięcej np. o Internecie bezprzewodowym 3G wiedziała Pani w kiosku, a nie sprzedawcy produktu. Mimo, że korzystam z niego, nie polecam, ze względu na cenę. Nie ma szans, na spokojne czytanie gazet, a o blogach należy zapomnieć. Zaletę jest natychmiastowy dostęp do skrzynki pocztowej.
Kolejki tworzą się wszędzie ,  np. gdy młoda mama  z trojgiem ( nie żebym coś miała ) budzi się przed kasą i rozpoczyna procedurę poszukiwania czegoś,  czym zapłaci za zakupy. „ Groszek” rozbiega się po sklepie, pieluchy wysypują z torby, najmłodsze gmera w jakimś słoiku, który ostatecznie mama odstawia … a kolejka – ZEN, młoda mama -  ZEN, tylko mnie po głowie latają głupie myśli. I nie, nie chodzi o to żeby nie zabierać dzieci na zakupy.  Chodzi  o to, że jak stoi się do kasy to po to, by  ZAPŁACIĆ J



W pierwszy dzień namierzyłam dwie pasmanterie ze wszystkim. Wełny francuskie, materiały do haftu – więcej niż znam. Cudne kolory nici Perl te cienki i grube, materiały do szycia nakryć – cięte i z metra, szpule drewniane i stojaki do szpul, druty KP, ozdoby, guzki. Istny raj.
Mam nadzieję, że uda mi się tam dotrzeć w dzień bez deszczu ( zimą w Normandii to może być trudne ) i  zrobić dla Was zdjęcia.
Post wyszedł strasznie długaśny, ale wykorzystuję dostęp do netu do maksimum. No i dopóki nie będę miała stałego  łącza, odpowiedzi ograniczam do minimum :(
Ale życie i tak jest piękne  :)